Wielka Wojna Domowa

Awatar użytkownika
Maurycy Orański
Nōbelissimos
Posty: 553
Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
Lokalizacja: Jerozolima

Re: Wielka Wojna Domowa

Post autor: Maurycy Orański »

Podczas gdy połączone floty leczyły rany i uzupełniały zapasy w bezpiecznej zatoce Chalcedonu, celebrując udane rajdy, Morze Czarne pozostało całkowicie puste. Dowódcy, pewni swego sukcesu po tygodniu, w którym wrogowie dosłownie zapadli się pod ziemię, nie zostawili na wodach Pontu ani jednego okrętu wojennego. Nikt nie pilnował szlaków, nikt nie obserwował horyzontu.
Dziesięć dni wytchnienia w Chalcedonie dobiegło końca. Flota Cesarstwa i Jerozolimy, po uszczelnieniu kadłubów, wymianie połamanych wioseł, uleczeniu lżejszych ran i naładowaniu ładowni świeżą wodą oraz jedzeniem, była gotowa do powrotu na łowy, zwłaszcza że siatki szpiegów, zarówno cesarskich jak i królewskich, w głębi Anatolii w końcu przysłały wieści o ruchu na wschodzie. Wróg się przegrupowywał.
O poranku dziewiętnastego lutego nad Bosforem rozległ się dźwięk rogów. Król-Arcybiskup Maurycy stał na rufie "Świętego Maurycego". Ponownie miał na sobie bojową kolczugę. Na zbroję narzucił jedynie biały płaszcz z jerozolimskim krzyżem.
Dowódcy poszczególnych eskadr otrzymali nowe rozkazy.
– Morze Czarne myśli, że zasnęliśmy! – zawołał Maurycy do swoich oficerów, zanim rozeszli się na okręty. – Zostawiliśmy im pusty szlak i Dagato wraz bandą wciąż żyje i ma się dobrze. Naszym zadaniem nie jest już tylko straszyć. Naszym zadaniem jest uderzyć tak by ci rozbójnicy już nie wstali! Podnieść kotwice!
Jeden po drugim, niczym drapieżniki ruszające na polowanie, okręty opuszczały zatokę. . Pojedyncze patrole zastąpiono potężnymi grupami uderzeniowymi, które miały żeglować wspólnie i wspierać się ogniem.
Maurycy połączył swoją eskadrę z ciężkimi, frankijskimi galerami łacińskiego admirała Roberta. Potężna dromona Aleksego dostała jako wzmocnienie i oczy lżejsze okręty Demetriusza. Młody Nikeforos miał żeglować ramię w ramię z odwodami logistycznymi Konstantyna. Z kolei bracia bliźniacy, Bazyli i Teofil, wzstali wzmocnieni przez okręty Teodora.
Jeden po drugim, zespoły opuszczały zatokę. Dromona Aleksego Strategosa ruszyła jako pierwsza w asyście lekkich okrętów Demetriusza, kierując się na wschód, podczas gdy pozostałe grupy uderzeniowe rozwinęły się w poszukiwawczą tyralierę, gotowe zająć się każdym, kto odważy się wbić wiosła w wody "ich morza".
Dwudziestego lutego pogoda sprzyjała flocie rzymskiej. Wiatr był chłodny, ale równy, a niebo wolne od mgieł, które tak bardzo utrudniały pierwsze patrole na p
Zespół uderzeniowy Maurycego i Roberta powrócił do wschodniego sektora, przeczesując wody daleko na wschodzie, mijając zablokowaną Synopę i zbliżając się do szlaków prowadzących ku Trapezuntowi. Załogi były wypoczęte, a morale wysokie, Około południa małe galery wyznaczone do zadań zwiadowczych zameldowały o dostrzeżeniu wrogich jednostek. Nie były to jednak ociężałe statki handlowe, uciekające w panice, jak te z pierwszych tygodni walk na morzu. Na horyzoncie majaczyły dwie sylwetki okrętów o dziwnym profilu – smuklejszych, zbudowanych na włoską modłę, ale wyraźnie dozbrojonych.
Maurycy zmrużył oczy, obserwując je przez gęstniejące na falach słoneczne odblaski.
– Dagato nie zasypywał gruszek w popiele, gdyśmy odpoczywali– mruknął do kapitana swojego flagowca. – Przysłali mu posiłki przez te spokojne dni. Albo zbroi swoje statki kupieckie na potęgę.
Wrogie jednostki nie próbowały panicznie uciekać. Trzymały dystans, żeglując tuż przy granicy płycizn, obserwując poczynania łacinników. Były szybkie. O wiele szybsze niż ociężałe handlowce, z którymi mieli do czynienia wcześniej.
– Chcą nas sprowokować do pościgu na skały – ocenił Maurycy, opierając dłonie o reling. – Albo wybadać nasze siły i wciągnąć w zasadzkę. Te kadłuby są zbyt smukłe, uciekną nam na płyciznach, a jeśli mają tam wsparcie, odetną nam odwrót.
Król wahał się. Miał potężne okręty, ale nie chciał ryzykować osadzenia ich na dnie dla dwóch małych zwiadowców. Po chwili odrzucił chęć natychmiastowego uderzenia. Doświadczenie wzięło górę nad brawurą.
– Zmiana kursu – rozkazał stanowczo Maurycy. – Nie zagramy w ich grę na ich warunkach. Płyniemy na zachód, by ściągnąć tu grupę Aleksego z Demetriuszem albo eskadrę Bazylego. Dopiero gdy zbierzemy jeszcze większe siły i otoczymy ich kordonem, zbadamy, co dokładnie kryją te włoskie potworki. Czart wie, co jeszcze znajdziemy u Kartwelów.
Dano znać pozostałym jednostkom. Okręty zwinęły ostro zmieniły kurs, trzymając bezpieczny dystans od wrogich zwiadowców. Polowanie na otwartych wodach Pontu rozpoczęło się na nowo, ale Król-Nobelissimos wiedział, że tym razem wróg nie jest już bezradną zwierzyną, lecz drapieżnikiem, który również potrafi zastawiać wnyki.
Obrazek

Maurycy Wilhelm Jerzy kardynał Orański-Nassau
z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
Obrazek
Awatar użytkownika
Maurycy Orański
Nōbelissimos
Posty: 553
Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
Lokalizacja: Jerozolima

Re: Wielka Wojna Domowa

Post autor: Maurycy Orański »

Decyzja Maurycego o wycofaniu się okazała się prorocza. Dwa smukłe, włoskie okręty, które dostrzeżono dwudziestego lutego, nie były jedynie samotnymi zwiadowcami. Były oczami całej bandy.
Pewnego wieczoru, wiatr wzmógł się, wiejąc od południa– od strony Synopy. A wraz z wiatrem nadeszło to, przed czym król Jerozolimy chciał uchronić swoją flotę. Z zapadającego zmroku wyłonił się las masztów. Książę Dagato Kachaberisdze rzucił na szalę wszystko, co udało mu się przygotować. Z portu w Synopie wypłynęła nowa flotylla. Niesieni wiatrem i siłą wioseł, Gruzini zamierzali odciąć Maurycego, zanim ten dotrze do bezpiecznych wód kontrolowanych przez swoich podkomendnych. Na mostku "Świętego Maurycego", król-arcybiskup patrzył na zbliżającą się armadę. Włoskie kadłuby cięły fale z przerażającą gracją. Gruzini mieli przewagę szybkości i wiatru.
– Nie będziemy uciekać , bo nawet nie damy rady– rzekł zimno Maurycy. Dobył miecza, a jego klinga błysnęła w bladym, porannym słońcu. – Jeśli chcą walczyć na otwartym morzu, damy im walkę, jakiej nie zapomną. Dać znak. Zwrot w tył. Prędko. Zanim nas dopadną.
Włoskie, smukłe galery wroga uderzyły na skrzydła formacji Roberta, licząc na to, że ich szybkość oraz zwrotność pozwoli im wślizgnąć się między łacińskie okręty. Przeliczyli się jednak. Robert spodziewał się tego. Widząc zbliżające się dzioby wroga, łacińskie galery zostawiły miejsce pomiędzy sobą, przepuszczając najszybsze gruzińskie jednostki głębiej we własny szyk. Gruzini, wierząc, że przełamali linię obrony, wdarli się w luki z triumfalnym wrzaskiem. Wtedy pułapka się zamknęła. Z wysokich nadburci sąsiadujących ze sobą galer, dziesiątki łuczników otworzyły zmasowany, krzyżowy ogień. Morderczy grad strzał, uderzający z obu stron na wąskiej przestrzeni, dosłownie skosił lekką piechotę gruzińską z pokładów.
Dopiero gdy wroga załoga została zmasakrowana ostrzałem, łacinnicy rzucili haki abordażowe. Rycerze i piechota morska z obnażonymi mieczami wylali się na splamione krwią kadłuby. róg jednak szybko odzyskał rezon, a przewaga liczebna i desperacja zaczęły zbierać krwawe żniwo. Bitwa zamieniła się w morderczy ckocioł zderzających się kadłubów i szczękających mieczy w którym żadna ze stron nie ustępowała. Jedna z ciężkich, frankijskich galer bojowych, zaatakowana jednocześnie przez dwa wrogie okręty, nie wytrzymała potężnego podwójnego taranowania. Jej dębowe żebra pękły z ogłuszającym hukiem przypominającym łamane kości. Woda błyskawicznie wdarła się pod pokład, a ciężki okręt przechylił się, ciągnąc uwięzionych pod pokładem wioślarzy i walczących na górze rycerzy prosto na dno. Później inna, mniejsza jednostka jerozolimska stanęła w płomieniach, rozpaczliwie próbując oderwać się od sczepionego z nią, płonącego okrętu Gruzinów, którzy sami rozniecili ogień.
Kartwelowie próbowali również zatopić okręt flagowy tak samo jak udało im się to ze wspomnianą wcześniej galerą. Na szczeście jej kapitan wykazał się już po raz kolejny genialnym kunsztem żeglarskim. Dzięki jego decyzjom, podejmowanym w ułamku sekund, obie wrogie galery ześlizgnęły się po burtach "Świętego Maurycego". Okręt stał na falach. Co prawda kosztem złamania większości wioseł, ale stał. Nie był to jednak koniec potyczki. Gruzini zarzucili haki na burty i wtargnęli na pokład okrętu. Wielu rzuciło się od razu w kierunku kasztelu rufowego, co nasunęło wniosek że ich podstawowym celem jest zabicie króla, którego sztandar powiewał na flagsztoku.
Pierwszy do króla dopadł ktoś w ciężkiej zbroi, zapewne oficer. Próbował pchnąć klęczącego na pokładzie monarchę, włócznią, ale grot zatrzymał się na tarczy, którą Maurycy przypiął sobie do ramienia ledwo kilka chwil wcześniej.. Zdołał zatrzymać drugi cios, i w tym samym momencie dobył miecza. Przebił bok Gruzina, a gdy ten zwinął się z bółu, król próbował dokończyć dzieła. Oficer był jednak twardym człowiekiem i odparował miecz władcy. Nie spodziewał się jednak natychmiastowego popchnięcia tarczą i stracił równowagę, odsłaniając swój tors. To był jego koniec. Chwilę później upadł na pokład plując krwią i umarł. Mało brakło, a Orański dołączyłby do niego, gdyż nie spostrzegł dwóch kolejnych napastników którzy dostali się na mostek. Drogę zastąpił im jednak kapitan, ten sam który wcześniej ocalił galerę przed zniszczeniem. Szybko powalił jednego i starł się z drugim. Otrzeźwiony kardynał natarł w sukurs podkomendnemu, i odwdzięczył się zatrzymując miecz Gruzina który inaczej rozciąłby nogę oficera. Następnie obaj wykonali ciosy w tym samym momencie. Wróg odbił cios króla, ale kapitan już zdołał dosięgnąć jego piersi.
Tymczasem na pokładzie trwała krwawa łaźnia. Przytłoczeni przewagą liczebną wroga łacinnicy zostali zmuszeni do obrony schodów na mostek. Walczyli nawet wszyscy wioślarze. Zorientowawszy się w sytuacji, król chciał nakazać nadanie sygnału z prośbą o pomoc. Oficer sygnałowy był jednak ledwo żywy z upływu krwi. Maurycy przestrzaszył się nieco i zaczął biec do niego. W tym momencie spostrzegł że do jednej z galer podpływa mała frankijska. Wiedział że to powinno zmusić wroga do, co najmniej częściowego odwrotu. Nie mylił się. Gdy jego ludzie wykorzystywali zamieszanie w szeregach przeciwnika, on opatrywał rannego, po czym dołączył do swoich żołnierzy na pierwszej linii.. Gdyby nie to że kapitanowie spostrzegli że ich wódz jest w niebezpieczeństwie to byłaby to jego ostatnia walka. Na szczęście, abordaż został odparty, a obie jednostki atakujących wpadły w ręce zwycięzców. Po dwóch godzinach bitwa była skończona, a Gruzini wrócili do Synopy.
Straty były jednak makabryczne. Do bitwy przystąpiło czternaście jednostek frankijskich i szesnaście gruzińskich. Zatonęło sześć statków królewskich, w tym jedna średnia galera, a na flagowcu załoga była tak wykrwawiona że ledwo mogłaby samodzielnie obsłużyć okręt...gdyby był sprawny. Bez wioseł nie mógł rozwinąć dobrej prędkości. Król zdecydował się spalić jednostkę i przesiąść na jeden ze zdobycznych statków. Tak więc w sumie stan floty uszczuplony został o połowę. Straty po stronie gruzińskiej to trzy zatopione i cztery zdobyte statki oraz ciężkie straty w ludziach, także na tych jednostkach które uciekły.
Po namyśle król postanowił jednak nadal poszukać Aleksego. Znalazł go jeszcze tej samej nocy. Grek z podziwem przyjął historię o walce na "Świętym Maurycym' Po naradzi postanowiono że król uda się do portu, naprawić statki i uzupełnić załogi, a Aleksy poszuka innych Greków i spróbują rajdu na Synopę.
Obrazek

Maurycy Wilhelm Jerzy kardynał Orański-Nassau
z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kampanie i defilady wojenne”