Wielka Wojna Domowa
: 19 mar 2025, 20:43
Świt w Konstantynopolu rozdarł się krwawym pasem nad Hipotodromem, gdy cesarski orszak wypełnił bruk Mese. Powietrze drżało od dźwięku spiżu – trąby grały profectio militaris, pieśń wymarszu, która miała zabrzmieć jak ostatnie tchnienie porządku. Cesarz Aleksy I Komnen, odziany w thoraks ze złoconych łusek, spoglądał na morze hełmów, sztandarów i ostrzy. Jego cień, wydłużony przez czerwone słońce, sięgał aż do Milionu, kamienia od którego mierzyło się wszystkie drogi imperium.
Tagma tou Athanatoi ruszyli pierwsi. Cztery tysiące rumaków, okutych w stal jak ich jeźdźcy, parło naprzód w takt bębnów. Za nimi, w milczeniu cięższym od ołowiu, kroczyli Varrangoi. Sześć tysięcy stóp w skórzanych nagolennikach. Topory z damasceńskiej stali, zawieszone na plecach, błyskały w świetle pochodni. Gwardziści cesarscy, wikingowie i Rusowie o twarzach z kamienia, szli jak żywy mur. Ich akolouthos niósł sztandar z Chrystusem Pantokratorem – oczy Boga patrzyły na zachód, gdzie czaił się Adrianopol. Archontopouloi przepłynęli przez bramę św. Romana jak strumień rtęci. Dwa tysiące koni w kropierzonych czaprakach, dwieście dzid ze znakami Komnenów. Młodzi arystokraci, dla których wojna była sakramentem, śmiali się sucho, gdy wiatr niósł od Propontydy zapach soli i dymu. Tourkopouloi sunęli na skrzydłach, lekcy jak jastrzębie. Ich łuki refleksyjne, owinięte w jedwab, gotowe były siać śmierć z odległości, z której nie słychać nawet krzyku. Turkopole, synowie mieszanej krwi, wiedzieli, że pierwsza krew w tej wojnie spłynie z ich strzał.
Za piechotą wlekły się machiny. Były to baterie taranów, wież oblężniczych, katapult, oraz trebuszy. Pośród nich dostrzec można było jeden szczególny taran o głowie smoka, spowity w mokre skóry by nie zapłonął.
Równocześnie z portu Konstantynopola wypłynęły dromony o żagla w barwach białych, czerwonych i czarnych. Na ich pokładach znajdowali się Siphonarioi w skórach nasączonych octem stali przy szyjnicach z ogniem greckim, gotowi zmienić morze w piekło, gdyby flota rebeliantów śmiała się zbliżyć. Okręty miały za zadanie dopłynąć do Tesaloniki, aby później dopomóc wojskom cesarskim w obleganiu nadmorskich miast, które nie byłyby skore do poddania się na dźwięk słów cesarskich.
Aleksy odwrócił się ostatni raz. Na murach stał Geórgios Palaiológos, kastrophylax, w płaszczu z białego lwa. U jego stóp czaiła się Tagma tou Noumeroi – cztery tysiące włóczni, które miały strzec miasta. Obok niego na murach stali dzielni i odważni Dynatoi – rycerze w kolczugach, oraz sierżanci z kuszami – szepczący modlitwy za wyruszającymi wojskami i klątwy na ich wrogów.
– Theou boulomenou – szepnął cesarz, gdy słońce dotknęło szczytu Hagii Sophii.
Gdy ostatni tabor z żywnością i uzbrojeniem minął bramę, ludzie w mieście usłyszeli, jak żelazny chrzęst zmienia się w milczenie. Wojna domowa zaczęła się nie od miecza, ale od ciszy i braku tchu.
Tagma tou Athanatoi ruszyli pierwsi. Cztery tysiące rumaków, okutych w stal jak ich jeźdźcy, parło naprzód w takt bębnów. Za nimi, w milczeniu cięższym od ołowiu, kroczyli Varrangoi. Sześć tysięcy stóp w skórzanych nagolennikach. Topory z damasceńskiej stali, zawieszone na plecach, błyskały w świetle pochodni. Gwardziści cesarscy, wikingowie i Rusowie o twarzach z kamienia, szli jak żywy mur. Ich akolouthos niósł sztandar z Chrystusem Pantokratorem – oczy Boga patrzyły na zachód, gdzie czaił się Adrianopol. Archontopouloi przepłynęli przez bramę św. Romana jak strumień rtęci. Dwa tysiące koni w kropierzonych czaprakach, dwieście dzid ze znakami Komnenów. Młodzi arystokraci, dla których wojna była sakramentem, śmiali się sucho, gdy wiatr niósł od Propontydy zapach soli i dymu. Tourkopouloi sunęli na skrzydłach, lekcy jak jastrzębie. Ich łuki refleksyjne, owinięte w jedwab, gotowe były siać śmierć z odległości, z której nie słychać nawet krzyku. Turkopole, synowie mieszanej krwi, wiedzieli, że pierwsza krew w tej wojnie spłynie z ich strzał.
Za piechotą wlekły się machiny. Były to baterie taranów, wież oblężniczych, katapult, oraz trebuszy. Pośród nich dostrzec można było jeden szczególny taran o głowie smoka, spowity w mokre skóry by nie zapłonął.
Równocześnie z portu Konstantynopola wypłynęły dromony o żagla w barwach białych, czerwonych i czarnych. Na ich pokładach znajdowali się Siphonarioi w skórach nasączonych octem stali przy szyjnicach z ogniem greckim, gotowi zmienić morze w piekło, gdyby flota rebeliantów śmiała się zbliżyć. Okręty miały za zadanie dopłynąć do Tesaloniki, aby później dopomóc wojskom cesarskim w obleganiu nadmorskich miast, które nie byłyby skore do poddania się na dźwięk słów cesarskich.
Aleksy odwrócił się ostatni raz. Na murach stał Geórgios Palaiológos, kastrophylax, w płaszczu z białego lwa. U jego stóp czaiła się Tagma tou Noumeroi – cztery tysiące włóczni, które miały strzec miasta. Obok niego na murach stali dzielni i odważni Dynatoi – rycerze w kolczugach, oraz sierżanci z kuszami – szepczący modlitwy za wyruszającymi wojskami i klątwy na ich wrogów.
– Theou boulomenou – szepnął cesarz, gdy słońce dotknęło szczytu Hagii Sophii.
Gdy ostatni tabor z żywnością i uzbrojeniem minął bramę, ludzie w mieście usłyszeli, jak żelazny chrzęst zmienia się w milczenie. Wojna domowa zaczęła się nie od miecza, ale od ciszy i braku tchu.