Strona 1 z 1

Wydarzenia

: 15 mar 2025, 21:16
autor: Maurycy Orański
Wśród suchych wiatrów wiejących znad pustyni i wysokich murów zamku Karak, władzy królewskiej podporządkowanego bastionu Zajordanii, ogłoszono dzisiaj wielki zaciąg wojenny. Przy dźwięku bębnów i pod czujnym okiem urzędników królewskich rozpoczęto rekrutację czterystu Beduinów – wojowników pustyni, znanych ze swej odwagi, szybkości i biegłości w walce konnej.
Przed południem, na dziedzińcu zamkowym, zebrali się przywódcy klanów wiernych królowi. Przyjął ich kasztelan Karaku u boku którego stał rycerz przysłany z Jerozolimy. Kasztelan, Brabantczyk z pochodzenia, którego szejkowie zdążyli już poznać i obdarzyć szacunkiem, przemówił.
– Jego Królewska Mość, książę Zajordanii i król Jerozolimy, wzywa swych wiernych wojowników do służby! Czterystu najlepszych jeźdźców i strzelców, ludzi, którzy znają smak wiatru pustyni i gniew bitwy, otrzyma broń, konie i zapłatę godną mężów, którzy noszą miecz w imię prawa i porządku. Służba będzie dumą dla waszych plemion, a ci, którzy się sprawdzą, mogą liczyć na łaskę i przywileje w ziemiach, którymi włada książę!
Słowa te wywołały pomruki wśród zgromadzonych. Beduini cenili sobie wolność, lecz złoto króla i obietnica łupów nie mogły pozostać bez echa. Niektórzy wodzowie natychmiast wysłali młodszych wojowników do zapisu, inni targowali się o warunki.
Te słowa przyniosły pierwsze reakcje – szmery, pojedyncze okrzyki aprobaty. Żołd w złocie, broń, a nawet konie dla pieszych – to brzmiało jak hojna oferta.
Zaciąg trwał do późnego wieczora. Gdy ostatni wojownicy składali przysięgę, pustynia zdawała się milczeć, jakby sama czekała na to, co nadejdzie. W głębi zamku Karak, w cieniu kamiennych murów, dowódcy szeptali już o przyszłości – o wojnie, która nadciągała zza morza, ku ziemiom Anatolii, rządzonym przez samozwańczego cesarza. Ale tego jeszcze nikt nie mógł wyjawić.
Na razie 200 zaciągniętych wojowników miało czekać. Lecz w ich sercach biło przeczucie, że czekać będą niedługo.

Re: Wydarzenia

: 16 mar 2025, 18:07
autor: Maurycy Orański
O brzasku konne grupy, każda złożona z urzednikayw towarzystwie Beduinów już zaciągniętych do służby, rozproszyły się po pustyni. Choć poprzedniego dnia na placu w Karaku do służby zgłosiło się dwustu wojowników, brakowało jeszcze tylu samo, by zaciąg mógł zostać uznany za zakończony. Czas naglił, a rozkazy były jasne, należało uzupełnić oddział przed końcem dnia.

Piaski pustyni jeszcze nie zdążyły się nagrzać, gdy pierwsza grupa dotarła do obozowiska plemienia Banu Harith, osiadłego wzdłuż wadi na południe od Morza Martwego. Namioty z barwionego płótna stały w rzędach, przy nich wielbłądy leniwie przeżuwały paszę. Gdy tylko posłańcy zbliżyli się do obozu, wyłonili się uzbrojeni strażnicy.

— Królewski zaciąg! Szukamy wojowników gotowych służyć w Karaku! — oznajmił urzędnik, unosząc pergamin z pieczęcią księcia Zajordanii.

Ludzie wyszli z namiotów, a mężczyźni zaczęli zadawać pytania – o żołd, o broń, o cel tej nagłej mobilizacji. Stojący obok urzędnika Beduini, już zapisani do służby, zaczęli przemawiać do swoich krewnych i towarzyszy.
Po krótkiej naradzie sześciu wojowników podeszło do urzędnika, gotowych do służby. Inni wahali się, ale słowa tych, którzy już się zapisali, zaczęły działać. Po godzinie udało się przekonać kolejnych dziesięciu. Podobna scena miała miejsce w innych osiedlach. W wioskach w pobliżu Petry, wśród koczowniczych grup wzdłuż granic pustyni Negew, wśród pasterzy w górach Edomu – wszędzie królewscy wysłannicy prowadzili negocjacje.
Pod wieczór, gdy słońce schowało się za horyzontem, konne grupy zaczęły wracać do Karaku. Tym razem nie wracały samotnie – towarzyszyło im kolejnych dwustu wojowników.
Gdy przekroczyli bramy fortecy, urzędnicy zameldowali, że zaciąg zakończył się sukcesem. Teraz czterystu Beduinów było gotowych do służby – choć nie wiedzieli jeszcze, że ich prawdziwy cel nie leży w Karaku, ale daleko na północ, w Anatolii…