Wielka Wojna Domowa
- Aleksy I Komnen
- Autokratōr
- Posty: 908
- Rejestracja: 07 paź 2023, 18:57
- Lokalizacja: Bizancjum
Re: Wielka Wojna Domowa
Wieść nadeszła z Melitene wraz z powracającym cesarskim kurierem. Maurycy Orański dokonał niemożliwego – nie tylko powstrzymał turecką nawałę, ale i kupił dla Cesarstwa cenny czas. Dwa lata rozejmu. Aleksy I nie marnował ani godziny. Gdy tylko wiadomość dotarła do obozu pod Seleucją, dał rozkaz do wymarszu. Armia, wypoczęta i zaopatrzona, poruszała się ze sprawnością, która czyniła zaszczyt jego logistykom i dyscyplinie żołnierzy.
Marsz na północ, w głąb Anatolii, był triumfalnym pochodem przez ziemie dotąd wierne uzurpatorowi. Miasta i twierdze, pozbawione nadziei na odsiecz, otwierały swoje bramy na widok purpurowego labarum i cesarskich sztandarów. Opór stawiał tylko garstki fanatyków, łatwo rozbijanych przez wojska cesarskie. Wreszcie, po kilkunastu dniach forsownego marszu, na horyzoncie ukazały się potężne mury Ikonium. To miało być serce oporu – twardy orzech do zgryzienia.
Miasto nie zamierzało się poddać. Bramy były warownie zamknięte, a na murach widać było gęste szeregi obrońców. Aleksy rozkazał rozłożyć obóz z wszelkimi zasadami sztuki oblężniczej. Otoczył miasto pierścieniem okopów i palisad, odcinając je całkowicie od świata. Wysłał parlamentariuszy z ostatnią ofertą łaski. Odpowiedzią był grad pocisków i wrzaski odmowy.
Oblężenie przeciągało się. Minął miesiąc. Dwa przeprowadzone szturmy, mimo desperackiej odwagi legionów i waregów, rozbiły się o zacięty opór i potężne umocnienia. Straty były dotkliwe, a morale zaczęło niebezpiecznie opadać. W odpowiedzi Aleksy kazał zbudować potężny trebusz. Dni i noce wypełnił terkot lin i rytmiczny huk uderzających w mury głazów. Kamień po kamieniu, cierpliwie i metodycznie, machina zaczęła kruszyć dumne fortyfikacje Ikonium. W końcu, w kilku miejscach mur zachwiał się wyraźnie, ukazując głębokie szczeliny.
Widząc pogarszającą się z godziny na godzinę sytuację, Aleksy, nim wydał rozkaz do decydującego ataku, wysłał po raz ostatni emisariuszy. Tym razem w mieście zapanowała cisza. Po kilku godzinach, na murach pojawili się dostojnicy miasta. Ich głos był złamany, a słowa proste: poddadzą miasto, jeśli cesarz zagwarantuje wszystkim – żołnierzom i cywilom – bezpieczne opuszczenie murów z dobytkiem, który będą w stanie unieść własnymi rękami.
Cesarz zwołał naradę. Niektórzy z jego strategów domagali się krwawego odwetu za opór i straty poniesione w szturmach. Aleksy I jednak, po wysłuchaniu argumentów, podjął decyzję.
– Nie przyszliśmy tu, by siać rzeź. Przyszliśmy, by przywrócić ład. Ich duch jest złamany, a miasto i tak wpadnie w nasze ręce. Niech idą. Niech rozniosą wieść o cesarskim miłosierdziu i sile.
Warunki zostały przyjęte. Miasto otworzyło bramy. Przez dwa dni Aleksy obserwował z swojego wzgórza niekończący się korowód ludzi opuszczających Ikonium. Była to ponura procesja pokonanych, wlokących swój skromny dobytek w niepewną przyszłość. Gdy ostatni z nich zniknął za horyzontem, cesarska armia, w szyku bojowym, wkroczyła do opustoszałego miasta. Klucz do centralnej Anatolii wreszcie znalazł się w jego dłoni. Teraz droga wiodła dalej, na północ, celem opanowanie Pyzydii, a także nieco na wschód Kapadocji.
Marsz na północ, w głąb Anatolii, był triumfalnym pochodem przez ziemie dotąd wierne uzurpatorowi. Miasta i twierdze, pozbawione nadziei na odsiecz, otwierały swoje bramy na widok purpurowego labarum i cesarskich sztandarów. Opór stawiał tylko garstki fanatyków, łatwo rozbijanych przez wojska cesarskie. Wreszcie, po kilkunastu dniach forsownego marszu, na horyzoncie ukazały się potężne mury Ikonium. To miało być serce oporu – twardy orzech do zgryzienia.
Miasto nie zamierzało się poddać. Bramy były warownie zamknięte, a na murach widać było gęste szeregi obrońców. Aleksy rozkazał rozłożyć obóz z wszelkimi zasadami sztuki oblężniczej. Otoczył miasto pierścieniem okopów i palisad, odcinając je całkowicie od świata. Wysłał parlamentariuszy z ostatnią ofertą łaski. Odpowiedzią był grad pocisków i wrzaski odmowy.
Oblężenie przeciągało się. Minął miesiąc. Dwa przeprowadzone szturmy, mimo desperackiej odwagi legionów i waregów, rozbiły się o zacięty opór i potężne umocnienia. Straty były dotkliwe, a morale zaczęło niebezpiecznie opadać. W odpowiedzi Aleksy kazał zbudować potężny trebusz. Dni i noce wypełnił terkot lin i rytmiczny huk uderzających w mury głazów. Kamień po kamieniu, cierpliwie i metodycznie, machina zaczęła kruszyć dumne fortyfikacje Ikonium. W końcu, w kilku miejscach mur zachwiał się wyraźnie, ukazując głębokie szczeliny.
Widząc pogarszającą się z godziny na godzinę sytuację, Aleksy, nim wydał rozkaz do decydującego ataku, wysłał po raz ostatni emisariuszy. Tym razem w mieście zapanowała cisza. Po kilku godzinach, na murach pojawili się dostojnicy miasta. Ich głos był złamany, a słowa proste: poddadzą miasto, jeśli cesarz zagwarantuje wszystkim – żołnierzom i cywilom – bezpieczne opuszczenie murów z dobytkiem, który będą w stanie unieść własnymi rękami.
Cesarz zwołał naradę. Niektórzy z jego strategów domagali się krwawego odwetu za opór i straty poniesione w szturmach. Aleksy I jednak, po wysłuchaniu argumentów, podjął decyzję.
– Nie przyszliśmy tu, by siać rzeź. Przyszliśmy, by przywrócić ład. Ich duch jest złamany, a miasto i tak wpadnie w nasze ręce. Niech idą. Niech rozniosą wieść o cesarskim miłosierdziu i sile.
Warunki zostały przyjęte. Miasto otworzyło bramy. Przez dwa dni Aleksy obserwował z swojego wzgórza niekończący się korowód ludzi opuszczających Ikonium. Była to ponura procesja pokonanych, wlokących swój skromny dobytek w niepewną przyszłość. Gdy ostatni z nich zniknął za horyzontem, cesarska armia, w szyku bojowym, wkroczyła do opustoszałego miasta. Klucz do centralnej Anatolii wreszcie znalazł się w jego dłoni. Teraz droga wiodła dalej, na północ, celem opanowanie Pyzydii, a także nieco na wschód Kapadocji.
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Wzgórza Galilei spowijała gęsta, mokra mgła. Od czasu pamiętnej wigilii minęły ponad dwa tygodnie, a Maurycy Orański wciąż przebywał w ruinach Nazaretu. Choć jako król Jerozolimy powinien rezydować w potężnej Akce, czuł, że jego miejsce jest tutaj – pośród robotników wznoszących nowe rusztowania i zakonników próbujących ocalić resztki świętości zbezczeszczonej Bazyliki.
Zima była surowa. Błoto w obozowisku sięgało kostek, a wiatr wciskał się pod każdą szczelinę namiotu królewskiego, który rozbito nieopodal ocalałej Groty Zwiastowania. Maurycy siedział przy prostym stole, przeglądając plany fortyfikacji, które miały osłonić miasto przed kolejnymi rajdami, gdy ciszę poranka przerwał tętent koni.
Do obozu wpadł goniec. Jego płaszcz był przemoczony do suchej nitki, a koń ledwo trzymał się na nogach. Nie był to jednak zwykły posłaniec. Na piersi, pod warstwą brudu, lśnił wyhaftowany dwugłowy orzeł – znak cesarzy Wschodu.
– Do Króla Jerozolimy! – krzyknął jeździec, zsuwając się z siodła prosto w błoto. Strażnicy pomogli mu wstać.
Maurycy wyszedł przed namiot.
– Jestem Maurycy. Skąd przybywasz?
– Z portu w Hajfie, panie – wydyszał posłaniec, drżąc z zimna– Galera z Konstantynopola ledwo dobiła do brzegu w czasie sztormu. Kapitan bał się płynąć dalej do Jaffy. Posłyszał że jesteś, Panie, w Nazarecie i posłał mnie tutaj. Przekazał to... dla Waszej Wysokości. Prosto z rąk cesarza Aleksego I.
Maurycy wziął pergamin, złamał pieczęć ucałowawszy ją uprzednio i szybko przebiegł oczami po treści listu.
–anie? – zapytał Godfryd, dowódca jego straży, podchodząc bliżej. – Złe wieści?
– Wezwanie do nowej wojny – odpowiedział król, a w jego głosie brzmiał chłód. – Gruzini. Jeśli damy im odpocząć to na wiosnę i 50 tysięcy Wenecjan nam nie pomoże. Ruszamy do Grecji. Tam połączymy się z flotą cesarza i ruszymy w morze
– Do Grecji? To daleko. Co z królestwem?- zmartwił się oficer
-Mamy baliwa i innych urzędników. Zaopiekują sie Koroną. Jeśli pozwolimy wrogowi na oddech to za kilka miesięcy Korona Jerozolimy nie będzie istnieć.
-Czas do Jaffy?-zapytał jeden z rycerzy
– Nie. Do Hajfy – zdecydował Maurycy. – Tam czeka cesarska galera. Tam zbierzemy te okręty, które są w pobliżu, i ruszymy na północ, ku Grecji. Nie ma czasu na parady. Reszta floty, poza dwoma glaerami niech rusza na Cypr. Tam się spotkamy. Wyślijcie posłańców
Godzinę później mały orszak królewski opuszczał Nazaret. Droga w dół, ku wybrzeżu, była trudna i śliska. Deszcz zacinał w twarze, ale Maurycy nie zwalniał. Czuł, że historia zatoczyła koło – zaczął w ruinach spowodowanych przez Gruzinów, a teraz ruszał na morze, by tam ostatecznie się z nimi rozprawić.
Gdy wieczorem dotarli do Hajfy, morze było wzburzone, a ciemne fale uderzały o mury portowe. W zatoce, kołysząc się niebezpiecznie, stała smukła galera.
– Przygotować okręt do wyjścia w morze – rzucił krótko do kapitana, który wybiegł mu na spotkanie. – Płyniemy do Grecji. Gruzini na nas czekają.
Zima była surowa. Błoto w obozowisku sięgało kostek, a wiatr wciskał się pod każdą szczelinę namiotu królewskiego, który rozbito nieopodal ocalałej Groty Zwiastowania. Maurycy siedział przy prostym stole, przeglądając plany fortyfikacji, które miały osłonić miasto przed kolejnymi rajdami, gdy ciszę poranka przerwał tętent koni.
Do obozu wpadł goniec. Jego płaszcz był przemoczony do suchej nitki, a koń ledwo trzymał się na nogach. Nie był to jednak zwykły posłaniec. Na piersi, pod warstwą brudu, lśnił wyhaftowany dwugłowy orzeł – znak cesarzy Wschodu.
– Do Króla Jerozolimy! – krzyknął jeździec, zsuwając się z siodła prosto w błoto. Strażnicy pomogli mu wstać.
Maurycy wyszedł przed namiot.
– Jestem Maurycy. Skąd przybywasz?
– Z portu w Hajfie, panie – wydyszał posłaniec, drżąc z zimna– Galera z Konstantynopola ledwo dobiła do brzegu w czasie sztormu. Kapitan bał się płynąć dalej do Jaffy. Posłyszał że jesteś, Panie, w Nazarecie i posłał mnie tutaj. Przekazał to... dla Waszej Wysokości. Prosto z rąk cesarza Aleksego I.
Maurycy wziął pergamin, złamał pieczęć ucałowawszy ją uprzednio i szybko przebiegł oczami po treści listu.
–anie? – zapytał Godfryd, dowódca jego straży, podchodząc bliżej. – Złe wieści?
– Wezwanie do nowej wojny – odpowiedział król, a w jego głosie brzmiał chłód. – Gruzini. Jeśli damy im odpocząć to na wiosnę i 50 tysięcy Wenecjan nam nie pomoże. Ruszamy do Grecji. Tam połączymy się z flotą cesarza i ruszymy w morze
– Do Grecji? To daleko. Co z królestwem?- zmartwił się oficer
-Mamy baliwa i innych urzędników. Zaopiekują sie Koroną. Jeśli pozwolimy wrogowi na oddech to za kilka miesięcy Korona Jerozolimy nie będzie istnieć.
-Czas do Jaffy?-zapytał jeden z rycerzy
– Nie. Do Hajfy – zdecydował Maurycy. – Tam czeka cesarska galera. Tam zbierzemy te okręty, które są w pobliżu, i ruszymy na północ, ku Grecji. Nie ma czasu na parady. Reszta floty, poza dwoma glaerami niech rusza na Cypr. Tam się spotkamy. Wyślijcie posłańców
Godzinę później mały orszak królewski opuszczał Nazaret. Droga w dół, ku wybrzeżu, była trudna i śliska. Deszcz zacinał w twarze, ale Maurycy nie zwalniał. Czuł, że historia zatoczyła koło – zaczął w ruinach spowodowanych przez Gruzinów, a teraz ruszał na morze, by tam ostatecznie się z nimi rozprawić.
Gdy wieczorem dotarli do Hajfy, morze było wzburzone, a ciemne fale uderzały o mury portowe. W zatoce, kołysząc się niebezpiecznie, stała smukła galera.
– Przygotować okręt do wyjścia w morze – rzucił krótko do kapitana, który wybiegł mu na spotkanie. – Płyniemy do Grecji. Gruzini na nas czekają.

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Podróż z Hajfy była koszmarem. Zimowe Morze Egejskie nie znało litości dla żeglarzy – fale przypominały szare ściany, a wiatr szarpał olinowanie z siłą, która łamała maszty jak zapałki. Jednak galera z purpurowym żaglem, wioząca Maurycego Orańskiego, przetrwała. Kiedy w końcu wpłynęli do Zatoki Termajskiej, a z mgły wyłoniły się potężne mury Salonik,
Maurycy stał na dziobie, mrużąc oczy przed ostrym wiatrem. Widział dziesiątki galer zakotwiczonych w idealnym porządku . Jednak ponad nimi wszystkimi górowała ona.
W samym sercu portu, niczym góra wyrastająca z morza, kołysała się jedyna w całej flotylli, potężna ciężka dromona. Była to pływająca forteca o trzech rzędach wioseł, lśniąca od świeżej smoły i złoconych zdobień, z brązowymi syfonami w kształcie lwich głów do miotania greckiego ognia na dziobie. Reszta floty wyglądała przy niej jak stado chartów przy niedźwiedziu.
Ta dromona... to prawdziwy potwór, panie – mruknął Godfryd, stojący o krok za królem, nie mogąc oderwać wzroku od giganta.
Wieczorem w wielkiej sali cytadeli Heptapyrgion, górującej nad miastem, zebrała się rada wojenna. Powietrze było ciężkie od zapachu drogich kadzideł i napięcia między dowódcami. Wokół wielkiego dębowego stołu, na którym rozłożono mapy archipelagu egejskiego, stali oficerowie w purpurowych płaszczach.
– Panowie – zaczął król spokojnie. – Mamy potężną flotę. Mamy stal damasceńską i frankijską. Ale patrząc na tę mapę, widzę, że nie mamy najważniejszego. Oczu.
– Z czym bowiem mamy walczyć? Z mgłą? Za widmem? Cesarz pisze, że Gruzini znikają tak szybko, jak się pojawiają. Jeśli teraz wypłyniemy całą armadą, będziemy gonić własny cień, tracąc siły i czas.
– Więc co proponujesz, panie? – odezwał się Aleksy Strategos, jego głos dudnił jak dzwon. – Moja dromona rdzewieje w porcie. Ludzie chcą walki.
– Walka nadejdzie – odparł Maurycy. – Ale nie uderzę na ślepo. Nie poślę okrętów w labirynt wysp, nie wiedząc, co czai się za każdym cyplem. Gruzini działają w oparciu o szlaki, prądy, kryjówki. Musimy zrozumieć ich rytm, zanim go przerwiemy.
Król pochylił się nad stołem i przesunął pionki, rozpraszając wielką formację bojową, którą wcześniej ułożyli greccy dowódcy.
– Demetriuszu – zwrócił się do dowódcy eskadry Lesbos– Ty znasz te wody najlepiej. Twoje okręty są lekkie i niepozorne.
– Znam każdą skałę, panie. Pływałem tam nie raz– przytaknął stary komandor.
– Weźmiesz swoją eskadrę. Rozdzielicie się. Nie szukacie walki. Unikacie jej za wszelką cenę. Macie stać się niewidzialni. Chcę wiedzieć, gdzie Gruzini uzupełniają wodę. Gdzie naprawiają kadłuby. Jakimi prądami żeglują, gdy wieje mistral. Obserwujcie szlaki handlowe, ale nie interweniujcie. Chcę mapy ich ruchów.
Szmer niezadowolenia przeszedł po sali. Oficerowie liczyli na rozkaz ataku.
– A my? – zapytał Teofil, wskazując na siebie i brata bliźniaka, Bazylego. – Mamy czekać?
– Nie. Wy i Nikeforos weźmiecie swoje szybkie ousiakos i chelandie – rozkazał Maurycy. – Ale nie popłyniecie w szyku bojowym. Popłyniecie jako patrole, w małych grupach. Macie nękać ich czujki, badać reakcję. Sprawdźcie, jak szybko się zbierają, gdy widzą zagrożenie. Sprawdźcie, czy mają system sygnałów dymnych na wyspach. Kłujcie ich i uciekajcie. Chcę wiedzieć, jak reaguje ten zwierz, gdy się go drażni.
Król przeniósł wzrok na Roberta i Aleksego
– Godfrydzie, twoje galery bojowe wraz z dromoną zostają w pogotowiu, ale nie w porcie. Wyprowadzicie je na redę, w zasięgu wzroku, ale na otwartej wodzie. Będziecie ćwiczyć manewry wspólne. Moi rycerze na pokładach twoich galer muszą nauczyć się osłaniać dromonę Aleksa przed abordażem, podczas gdy jego ludzie będą obsługiwać ogień. Chcę widzieć, jak ciężkie frankijskie okręty i bizantyjski gigant pływają jako jeden organizm. Kiedy Demetriusz wróci z mapą gniazd os, uderzymy z całą siłą. Ale do tego czasu... cisza i obserwacja.
– To potrwa tygodnie – mruknął Konstantyn, odpowiedzialny za zaopatrzenie. – Zapasy będą topnieć.
– Lepiej poświęcić tygodnie na ostrzenie miecza, niż złamać go w jeden dzień na skale – uciął Maurycy. Wyprostował się. – To nie jest prośba. To rozkaz. Demetriuszu, ruszacie tej nocy. Nikeforosie, świtem. Chcę raportów co trzy dni.
Siedmiu greckich komandorów wymieniło spojrzenia. Nie tego się spodziewali. Chcieli chwały i szybkiego zwycięstwa. Dostali żmudną pracę i rozkaz cierpliwości. Ale w głosie Maurycego była stal, której nie śmieli się sprzeciwić.
– Rozkaz, Nobelissimos– powiedział w końcu Aleksy, uderzając pięścią w pierś. Reszta zawtórowała mu, choć z mniejszym entuzjazmem.
– Do roboty – zakończył król. – Dowiedzmy się, z kim tak naprawdę walczymy.
Maurycy stał na dziobie, mrużąc oczy przed ostrym wiatrem. Widział dziesiątki galer zakotwiczonych w idealnym porządku . Jednak ponad nimi wszystkimi górowała ona.
W samym sercu portu, niczym góra wyrastająca z morza, kołysała się jedyna w całej flotylli, potężna ciężka dromona. Była to pływająca forteca o trzech rzędach wioseł, lśniąca od świeżej smoły i złoconych zdobień, z brązowymi syfonami w kształcie lwich głów do miotania greckiego ognia na dziobie. Reszta floty wyglądała przy niej jak stado chartów przy niedźwiedziu.
Ta dromona... to prawdziwy potwór, panie – mruknął Godfryd, stojący o krok za królem, nie mogąc oderwać wzroku od giganta.
Wieczorem w wielkiej sali cytadeli Heptapyrgion, górującej nad miastem, zebrała się rada wojenna. Powietrze było ciężkie od zapachu drogich kadzideł i napięcia między dowódcami. Wokół wielkiego dębowego stołu, na którym rozłożono mapy archipelagu egejskiego, stali oficerowie w purpurowych płaszczach.
– Panowie – zaczął król spokojnie. – Mamy potężną flotę. Mamy stal damasceńską i frankijską. Ale patrząc na tę mapę, widzę, że nie mamy najważniejszego. Oczu.
– Z czym bowiem mamy walczyć? Z mgłą? Za widmem? Cesarz pisze, że Gruzini znikają tak szybko, jak się pojawiają. Jeśli teraz wypłyniemy całą armadą, będziemy gonić własny cień, tracąc siły i czas.
– Więc co proponujesz, panie? – odezwał się Aleksy Strategos, jego głos dudnił jak dzwon. – Moja dromona rdzewieje w porcie. Ludzie chcą walki.
– Walka nadejdzie – odparł Maurycy. – Ale nie uderzę na ślepo. Nie poślę okrętów w labirynt wysp, nie wiedząc, co czai się za każdym cyplem. Gruzini działają w oparciu o szlaki, prądy, kryjówki. Musimy zrozumieć ich rytm, zanim go przerwiemy.
Król pochylił się nad stołem i przesunął pionki, rozpraszając wielką formację bojową, którą wcześniej ułożyli greccy dowódcy.
– Demetriuszu – zwrócił się do dowódcy eskadry Lesbos– Ty znasz te wody najlepiej. Twoje okręty są lekkie i niepozorne.
– Znam każdą skałę, panie. Pływałem tam nie raz– przytaknął stary komandor.
– Weźmiesz swoją eskadrę. Rozdzielicie się. Nie szukacie walki. Unikacie jej za wszelką cenę. Macie stać się niewidzialni. Chcę wiedzieć, gdzie Gruzini uzupełniają wodę. Gdzie naprawiają kadłuby. Jakimi prądami żeglują, gdy wieje mistral. Obserwujcie szlaki handlowe, ale nie interweniujcie. Chcę mapy ich ruchów.
Szmer niezadowolenia przeszedł po sali. Oficerowie liczyli na rozkaz ataku.
– A my? – zapytał Teofil, wskazując na siebie i brata bliźniaka, Bazylego. – Mamy czekać?
– Nie. Wy i Nikeforos weźmiecie swoje szybkie ousiakos i chelandie – rozkazał Maurycy. – Ale nie popłyniecie w szyku bojowym. Popłyniecie jako patrole, w małych grupach. Macie nękać ich czujki, badać reakcję. Sprawdźcie, jak szybko się zbierają, gdy widzą zagrożenie. Sprawdźcie, czy mają system sygnałów dymnych na wyspach. Kłujcie ich i uciekajcie. Chcę wiedzieć, jak reaguje ten zwierz, gdy się go drażni.
Król przeniósł wzrok na Roberta i Aleksego
– Godfrydzie, twoje galery bojowe wraz z dromoną zostają w pogotowiu, ale nie w porcie. Wyprowadzicie je na redę, w zasięgu wzroku, ale na otwartej wodzie. Będziecie ćwiczyć manewry wspólne. Moi rycerze na pokładach twoich galer muszą nauczyć się osłaniać dromonę Aleksa przed abordażem, podczas gdy jego ludzie będą obsługiwać ogień. Chcę widzieć, jak ciężkie frankijskie okręty i bizantyjski gigant pływają jako jeden organizm. Kiedy Demetriusz wróci z mapą gniazd os, uderzymy z całą siłą. Ale do tego czasu... cisza i obserwacja.
– To potrwa tygodnie – mruknął Konstantyn, odpowiedzialny za zaopatrzenie. – Zapasy będą topnieć.
– Lepiej poświęcić tygodnie na ostrzenie miecza, niż złamać go w jeden dzień na skale – uciął Maurycy. Wyprostował się. – To nie jest prośba. To rozkaz. Demetriuszu, ruszacie tej nocy. Nikeforosie, świtem. Chcę raportów co trzy dni.
Siedmiu greckich komandorów wymieniło spojrzenia. Nie tego się spodziewali. Chcieli chwały i szybkiego zwycięstwa. Dostali żmudną pracę i rozkaz cierpliwości. Ale w głosie Maurycego była stal, której nie śmieli się sprzeciwić.
– Rozkaz, Nobelissimos– powiedział w końcu Aleksy, uderzając pięścią w pierś. Reszta zawtórowała mu, choć z mniejszym entuzjazmem.
– Do roboty – zakończył król. – Dowiedzmy się, z kim tak naprawdę walczymy.

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Flota Maurycego Orańskiego wpłynęła do Konstantynopola o świcie. Widok był majestatyczny. Gigantyczny łańcuch, zamykający wejście do Złotego Rogu, został opuszczony z grzechotem, a woda spieniła się pod tysiącami wioseł.
Na czele płynęła dromona lśniąca złotem i brązem, a tuż obok niej flagowa galera Jerozolimy. Na masztach obu okrętów powiewały sztandary – Krzyż Jerozolimski i dwugłowy Orzeł Cesarski, oba złączone jednym celem, zwycięstwem nad wspólnym wrogiem.
Podczas gdy większość floty cumowała w bezpiecznych wodach Złotego Rogu, Maurycy Pałac Boukoleon.
Gdy tylko Maurycy dotarł do pałacu, nie tracił czasu na ceremonie. Zignorował delegacje kupców i duchowieństwa. Wraz ze swoimi oficerami – Robertem i siedmioma greckimi komandorami – udał się prosto do sali narad
Na środku pomieszczenia stał masywny stół, na którym natychmiast rozwinięto mapy.
Wokół stołu stanęła elita połączonych sił. Siedmiu oficerów cesarskich pod wodzą Aleksego i łaciński dowódca – Robert. Robert nie był typowym rycerzem, który na morzu czuje się nieswojo. Był prawdziwym człowiekiem morza, admirałem z krwi i kości, wychowanym na pokładach galer Akki i Tyru. Jego twarz była ogorzała od słońca i soli, a chód pewny, jakby podłoga pałacu wciąż kołysała się na fali. Nawet dumni Grecy patrzyli na niego z szacunkiem należnym mistrzowi nawigacji.
Król Jerozolimy, wciąż w podróżnym płaszczu, oparł się o stół. Jego twarz była poważna.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział, patrząc na oficerów. – Ale to nie jest koniec podróży. To początek łowów.
Nikeforos, dowódca lekkich sił, wskazał kciukiem na południe, za okno, w stronę morza, które właśnie przebyli.
– Nobelissimos, przepłynęliśmy całą Egeję bez wyciągania miecza. Czy jesteś pewien, że zostawiliśmy czyste tyły? Nie sprawdzaliśmy Sporad. Jeśli Gruzini mają tam kryjówki...
– Nie mają – uciął Maurycy twardo, nie patrząc nawet na mapę Morza Egejskiego. – Sporady są czyste. Cała Egeja jest czysta. Gruzini to nie duchy, Nikeforosie, potrzebują zaplecza. Ich bazy są daleko na wschodzie.
Król uderzył dłonią w mapę, w miejsce na północ od miasta – w Pontos Euxeinos.
– Są tylko tutaj. Na Morzu Czarnym. To jest ich jezioro i to z niego wyprowadzają ataki na szlak krymski. Nie będziemy tracić ani jednego dnia na przeszukiwanie pustych wysepek na południu, podczas gdy Konstantynopol głoduje przez blokadę na północy.
Maurycy spojrzał po twarzach oficerów.
– Dzielimy flotę. Mniejsze galery ruszają na morze.
– A dromona? – zapytał Aleksy, marszcząc brwi. – A ciężkie okręty Roberta?
– Wy zostajecie – zarządził Maurycy. – Dromona i ciężkie galery bojowe pod komendą Roberta zostają tutaj, przy wejściu do Bosforu.
– Wy, panowie, wypływacie natychmiast-zwrócił się Maurycy do pozostałych komandorów-Macie przejść przez Bosfor i wejść na Morze Czarne. To będzie wasz pierwszy zwiad. Rozdzielcie się wachlarzem. Przeszukajcie wybrzeża. Sprawdźcie każdą mile od ujścia Dunaju po skały Anatolii. Nie szukacie walnej bitwy. Szukacie informacji, których nam brakuje. Gdzie są ich bazy? Gdzie gromadzą siły? Którędy pływają
– A jeśli ich znajdziemy? – zapytał Bazyli.
– Jeśli to pojedyncze statki – topcie je – rozkazał zimno król. – Jeśli to duże eskadry– wycofujecie się i ściągacie ich tutaj. Prosto pod lufy dromony Aleksa i tarany galer Roberta.
Maurycy wyprostował się.
– Nie traćcie czasu. Morze jest spokojne, ale mgła gęstnieje. To idealna pogoda dla wilków. Ruszajcie.
Oficerowie stuknęli pięściami w piersi.
– Za Cesarstwo i Wiarę!
Godzinę później Maurycy stał na słynnym marmurowym balkonie Pałacu Boukoleon, opierając dłonie o kamienną balustradę.
Widział, jak od głównej masy floty oddzielają się dziesiątki smukłych, zwinnych jednostek. Ich wiosła równo uderzały o wodę, niosąc ich ku nieznanym, zimnym wodom Morza Czarnego.
W porcie pozostały tylko cięższe jednostki. Czekały. Ich czas miał nadejść dopiero wtedy, gdy ogary wywęszą zwierzynę.
Król Jerozolimy patrzył na znikające we mgle żagle, czując na twarzy chłodny wiatr wiejący od Pontu. Wojna o Morze Czarne właśnie się rozpoczęła.
Na czele płynęła dromona lśniąca złotem i brązem, a tuż obok niej flagowa galera Jerozolimy. Na masztach obu okrętów powiewały sztandary – Krzyż Jerozolimski i dwugłowy Orzeł Cesarski, oba złączone jednym celem, zwycięstwem nad wspólnym wrogiem.
Podczas gdy większość floty cumowała w bezpiecznych wodach Złotego Rogu, Maurycy Pałac Boukoleon.
Gdy tylko Maurycy dotarł do pałacu, nie tracił czasu na ceremonie. Zignorował delegacje kupców i duchowieństwa. Wraz ze swoimi oficerami – Robertem i siedmioma greckimi komandorami – udał się prosto do sali narad
Na środku pomieszczenia stał masywny stół, na którym natychmiast rozwinięto mapy.
Wokół stołu stanęła elita połączonych sił. Siedmiu oficerów cesarskich pod wodzą Aleksego i łaciński dowódca – Robert. Robert nie był typowym rycerzem, który na morzu czuje się nieswojo. Był prawdziwym człowiekiem morza, admirałem z krwi i kości, wychowanym na pokładach galer Akki i Tyru. Jego twarz była ogorzała od słońca i soli, a chód pewny, jakby podłoga pałacu wciąż kołysała się na fali. Nawet dumni Grecy patrzyli na niego z szacunkiem należnym mistrzowi nawigacji.
Król Jerozolimy, wciąż w podróżnym płaszczu, oparł się o stół. Jego twarz była poważna.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział, patrząc na oficerów. – Ale to nie jest koniec podróży. To początek łowów.
Nikeforos, dowódca lekkich sił, wskazał kciukiem na południe, za okno, w stronę morza, które właśnie przebyli.
– Nobelissimos, przepłynęliśmy całą Egeję bez wyciągania miecza. Czy jesteś pewien, że zostawiliśmy czyste tyły? Nie sprawdzaliśmy Sporad. Jeśli Gruzini mają tam kryjówki...
– Nie mają – uciął Maurycy twardo, nie patrząc nawet na mapę Morza Egejskiego. – Sporady są czyste. Cała Egeja jest czysta. Gruzini to nie duchy, Nikeforosie, potrzebują zaplecza. Ich bazy są daleko na wschodzie.
Król uderzył dłonią w mapę, w miejsce na północ od miasta – w Pontos Euxeinos.
– Są tylko tutaj. Na Morzu Czarnym. To jest ich jezioro i to z niego wyprowadzają ataki na szlak krymski. Nie będziemy tracić ani jednego dnia na przeszukiwanie pustych wysepek na południu, podczas gdy Konstantynopol głoduje przez blokadę na północy.
Maurycy spojrzał po twarzach oficerów.
– Dzielimy flotę. Mniejsze galery ruszają na morze.
– A dromona? – zapytał Aleksy, marszcząc brwi. – A ciężkie okręty Roberta?
– Wy zostajecie – zarządził Maurycy. – Dromona i ciężkie galery bojowe pod komendą Roberta zostają tutaj, przy wejściu do Bosforu.
– Wy, panowie, wypływacie natychmiast-zwrócił się Maurycy do pozostałych komandorów-Macie przejść przez Bosfor i wejść na Morze Czarne. To będzie wasz pierwszy zwiad. Rozdzielcie się wachlarzem. Przeszukajcie wybrzeża. Sprawdźcie każdą mile od ujścia Dunaju po skały Anatolii. Nie szukacie walnej bitwy. Szukacie informacji, których nam brakuje. Gdzie są ich bazy? Gdzie gromadzą siły? Którędy pływają
– A jeśli ich znajdziemy? – zapytał Bazyli.
– Jeśli to pojedyncze statki – topcie je – rozkazał zimno król. – Jeśli to duże eskadry– wycofujecie się i ściągacie ich tutaj. Prosto pod lufy dromony Aleksa i tarany galer Roberta.
Maurycy wyprostował się.
– Nie traćcie czasu. Morze jest spokojne, ale mgła gęstnieje. To idealna pogoda dla wilków. Ruszajcie.
Oficerowie stuknęli pięściami w piersi.
– Za Cesarstwo i Wiarę!
Godzinę później Maurycy stał na słynnym marmurowym balkonie Pałacu Boukoleon, opierając dłonie o kamienną balustradę.
Widział, jak od głównej masy floty oddzielają się dziesiątki smukłych, zwinnych jednostek. Ich wiosła równo uderzały o wodę, niosąc ich ku nieznanym, zimnym wodom Morza Czarnego.
W porcie pozostały tylko cięższe jednostki. Czekały. Ich czas miał nadejść dopiero wtedy, gdy ogary wywęszą zwierzynę.
Król Jerozolimy patrzył na znikające we mgle żagle, czując na twarzy chłodny wiatr wiejący od Pontu. Wojna o Morze Czarne właśnie się rozpoczęła.

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Styczeń w Konstantynopolu był surowy ale nie mroźny.
W Pałacu Boukoleon płonęły paleniska, ale Maurycy Orańsk, nie czuł ciepła. Czuł ciężar korony i odpowiedzialności.
Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka przeciąg i grupę mężczyzn. To byli zwiadowcy.
Pierwszy wszedł Nikeforos. Jego twarz, zwykle butna, teraz była ściągnięta i poważna. Za nim weszli Teofil i stary Demetriusz.
Maurycy wstał od stołu z mapami. Obok niego stanęli Robert – i Aleksy.
– Meldujcie – rozkazał Nobelissimos.
Nikeforos podszedł do stołu,
– Byliśmy na Poncie, panie. Dotarliśmy pod Amastris, a potem zapuściliśmy się dalej,
– I co? – zapytał Robert. – Mówiono o inwazji. O setkach okrętów.
– Inwazja to za duże słowo – zaprzeczył Nikeforos, biorąc głęboki oddech. – Gruzja krwawi po klęsce na lądzie. Nie stać ich na wielką armadę. Nie widzieliśmy lasu nowych masztów ani potężnych flotylli, o jakich plotkowano na targu.
Grek oparł dłonie o mapę.
– Ale są sprytni. Zamiast budować drogą flotę wojenną, zmobilizowali wszystko, co pływa. Widzieliśmy konwoje, Nobelissimosie. Płyną z Kolchidy, z Fasis. Ale to nie są okręty wojenne. To statki handlowe, ale uzbrojone. Na pokładach handlowców postawili balisty, obsadzili je łucznikami i najemnikami, których po wojnie jest tam pełno.
– Prowadzą wojnę kaperską, tak jak myśleliśmy– ocenił Maurycy – Taniej jest uzbroić kupca niż zbudować galerę.
– Dokładnie – przytaknął Teofil. – I zarabiają na tym. Widzieliśmy, jak ich jednostki atakują nasze statki ze zbożem. Nie topią ich. Przejmują ładunek. Zboże z Krymu nie płynie do Konstantynopola, płynie do Amastris i Synopy, a stamtąd do Gruzji. Oni nie chcą nas podbić orężem, panie. Oni chcą nas okraść, żeby spłacić swoje długi i wykarmić swój lud naszym kosztem.
– To pasożyty – warknął Aleksy . – Zajęli nasze porty, Synopę i Amastris, i zrobili z nich bazary na zrabowane towary.
– A siły uderzeniowe? – zapytał Maurycy. – Coś im jeszcze zostało?
– Zgromadzili to, co ocalało z ich dawnej floty królewskiej w jedno zgrupowanie. To nie jest wielka armada, Nobelissimosie. Może tuzin, góra piętnaście ciężkich galer wojennych. Reszta to drobnica – szybkie, małe jednostki i uzbrojone statki handlowe, które robią "sztuczny tłum". Bazyli został by monitorować ich ruchy
– Piętnaście galer... – Maurycy spojrzał na mapę. – To niewiele, by zdobyć miasto, ale wystarczająco dużo, by zablokować Bosfor, jeśli my będziemy siedzieć bezczynnie.
– Są pewni siebie. Siedzieliśmy bezczynnie a oni pracowali– dodał Demetriusz. – Myślą, że Cesarstwo jest tak słabe, że nawet ta garstka wystarczy, by nas zastraszyć. Chcą stanąć u wrót Konstantynopola i żądać cła od każdego statku. Chcą nas udusić ekonomicznie, bo militarnie nie mają szans na długie oblężenie.
– Blefują – stwierdził zimno Robert. – . Rzucili na szalę wszystko, co mają, licząc, że nie odpowiemy. Jeśli zniszczymy te piętnaście galer, ich "flota handlowa" stanie się bezbronna jak stado owiec.
– Dokładnie – przytaknął Maurycy. – Ich siła jest iluzoryczna. Opiera się na naszej bierności.
Nobelissimos wyprostował się. Plan w jego głowie nabrał ostatecznego kształtu.
– Nie będziemy ich gonić po całym morzu. Nie będziemy tracić sił na walkę z ich uzbrojonymi kupcami. Uderzymy w głowę węża.
Spojrzał na zwiadowców.
– Nikeforosie, Teofilu. Wracacie na morze. Dołączycie do Bazylego.
– Mamy zaatakować tę eskadrę?
– Nie. Ta eskadra, choć nieliczna, wciąż jest groźna w szyku. Macie ich sprowokować. Pokażcie im swoje rufy. Udawajcie słabych. Niech pomyślą, że flota cesarska to tylko garstka przerażonych patrolowców, którzy uciekają do domu. Niech ich admirał pomyśli, że droga do Bosforu jest otwarta i że łatwo zdobędzie chwałę.
Przeniósł wzrok na Roberta i Aleksa.
–Powitacie ich w cieśninie. Na krótkim dystansie ogień i bełty zrobią swoje.
– Rozbiją się o nas – zapewnił Robert. – A ich uzbrojone statki handlowe, które płyną za galerami, wpadną w panikę, gdy zobaczą, że ich szpica tonie.
– A kiedy Robert zacznie walkę– Maurycy spojrzał na Aleksego. – Wtedy dromona wypłynie z cienia. Jeden potężny cios, by posłać ich dumę na dno. Kiedy stracą okręty wojenne, ich blokada pęknie.
Król podszedł do okna wychodzącego na ciemne wody.
– Chcieli wojny pirackiej? Chcieli nas zagłodzić i obrabować, bo sami są bankrutami? Zapłacimy im. Ale nie złotem, lecz żelazem.
Odwrócił się do oficerów.
– Ruszajcie. Przyprowadźcie mi tych zbójów. Zobaczymy, ile warta jest ich odwaga, gdy nie będą mogli uciec.
Zwiadowcy stuknęli pięściami w piersi i wybiegli.
W Pałacu Boukoleon płonęły paleniska, ale Maurycy Orańsk, nie czuł ciepła. Czuł ciężar korony i odpowiedzialności.
Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka przeciąg i grupę mężczyzn. To byli zwiadowcy.
Pierwszy wszedł Nikeforos. Jego twarz, zwykle butna, teraz była ściągnięta i poważna. Za nim weszli Teofil i stary Demetriusz.
Maurycy wstał od stołu z mapami. Obok niego stanęli Robert – i Aleksy.
– Meldujcie – rozkazał Nobelissimos.
Nikeforos podszedł do stołu,
– Byliśmy na Poncie, panie. Dotarliśmy pod Amastris, a potem zapuściliśmy się dalej,
– I co? – zapytał Robert. – Mówiono o inwazji. O setkach okrętów.
– Inwazja to za duże słowo – zaprzeczył Nikeforos, biorąc głęboki oddech. – Gruzja krwawi po klęsce na lądzie. Nie stać ich na wielką armadę. Nie widzieliśmy lasu nowych masztów ani potężnych flotylli, o jakich plotkowano na targu.
Grek oparł dłonie o mapę.
– Ale są sprytni. Zamiast budować drogą flotę wojenną, zmobilizowali wszystko, co pływa. Widzieliśmy konwoje, Nobelissimosie. Płyną z Kolchidy, z Fasis. Ale to nie są okręty wojenne. To statki handlowe, ale uzbrojone. Na pokładach handlowców postawili balisty, obsadzili je łucznikami i najemnikami, których po wojnie jest tam pełno.
– Prowadzą wojnę kaperską, tak jak myśleliśmy– ocenił Maurycy – Taniej jest uzbroić kupca niż zbudować galerę.
– Dokładnie – przytaknął Teofil. – I zarabiają na tym. Widzieliśmy, jak ich jednostki atakują nasze statki ze zbożem. Nie topią ich. Przejmują ładunek. Zboże z Krymu nie płynie do Konstantynopola, płynie do Amastris i Synopy, a stamtąd do Gruzji. Oni nie chcą nas podbić orężem, panie. Oni chcą nas okraść, żeby spłacić swoje długi i wykarmić swój lud naszym kosztem.
– To pasożyty – warknął Aleksy . – Zajęli nasze porty, Synopę i Amastris, i zrobili z nich bazary na zrabowane towary.
– A siły uderzeniowe? – zapytał Maurycy. – Coś im jeszcze zostało?
– Zgromadzili to, co ocalało z ich dawnej floty królewskiej w jedno zgrupowanie. To nie jest wielka armada, Nobelissimosie. Może tuzin, góra piętnaście ciężkich galer wojennych. Reszta to drobnica – szybkie, małe jednostki i uzbrojone statki handlowe, które robią "sztuczny tłum". Bazyli został by monitorować ich ruchy
– Piętnaście galer... – Maurycy spojrzał na mapę. – To niewiele, by zdobyć miasto, ale wystarczająco dużo, by zablokować Bosfor, jeśli my będziemy siedzieć bezczynnie.
– Są pewni siebie. Siedzieliśmy bezczynnie a oni pracowali– dodał Demetriusz. – Myślą, że Cesarstwo jest tak słabe, że nawet ta garstka wystarczy, by nas zastraszyć. Chcą stanąć u wrót Konstantynopola i żądać cła od każdego statku. Chcą nas udusić ekonomicznie, bo militarnie nie mają szans na długie oblężenie.
– Blefują – stwierdził zimno Robert. – . Rzucili na szalę wszystko, co mają, licząc, że nie odpowiemy. Jeśli zniszczymy te piętnaście galer, ich "flota handlowa" stanie się bezbronna jak stado owiec.
– Dokładnie – przytaknął Maurycy. – Ich siła jest iluzoryczna. Opiera się na naszej bierności.
Nobelissimos wyprostował się. Plan w jego głowie nabrał ostatecznego kształtu.
– Nie będziemy ich gonić po całym morzu. Nie będziemy tracić sił na walkę z ich uzbrojonymi kupcami. Uderzymy w głowę węża.
Spojrzał na zwiadowców.
– Nikeforosie, Teofilu. Wracacie na morze. Dołączycie do Bazylego.
– Mamy zaatakować tę eskadrę?
– Nie. Ta eskadra, choć nieliczna, wciąż jest groźna w szyku. Macie ich sprowokować. Pokażcie im swoje rufy. Udawajcie słabych. Niech pomyślą, że flota cesarska to tylko garstka przerażonych patrolowców, którzy uciekają do domu. Niech ich admirał pomyśli, że droga do Bosforu jest otwarta i że łatwo zdobędzie chwałę.
Przeniósł wzrok na Roberta i Aleksa.
–Powitacie ich w cieśninie. Na krótkim dystansie ogień i bełty zrobią swoje.
– Rozbiją się o nas – zapewnił Robert. – A ich uzbrojone statki handlowe, które płyną za galerami, wpadną w panikę, gdy zobaczą, że ich szpica tonie.
– A kiedy Robert zacznie walkę– Maurycy spojrzał na Aleksego. – Wtedy dromona wypłynie z cienia. Jeden potężny cios, by posłać ich dumę na dno. Kiedy stracą okręty wojenne, ich blokada pęknie.
Król podszedł do okna wychodzącego na ciemne wody.
– Chcieli wojny pirackiej? Chcieli nas zagłodzić i obrabować, bo sami są bankrutami? Zapłacimy im. Ale nie złotem, lecz żelazem.
Odwrócił się do oficerów.
– Ruszajcie. Przyprowadźcie mi tych zbójów. Zobaczymy, ile warta jest ich odwaga, gdy nie będą mogli uciec.
Zwiadowcy stuknęli pięściami w piersi i wybiegli.

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Poniedziałkowy poranek był bardzo mglisty, co bardzo ucieszyło króla Maurycego. Przebywał on od kilku dni na wśród floty która stała w zatoce koło Amnicus, znanego niegdyś jako sanktuarium 12 bogów olimpijskich. Kolumny i resztki murów jeszcze były widoczne, nawet z oddali.
W końcu, zoddali, od strony północnej, zaczął dobiegać rytmiczny, narastający hałas. Były uderzenia kilkuset wioseł o wodę.
–Słyszysz ich, panie? – szepnął Robert, pochylając się do króla
–Flota zwiadowcza robi swoje. Prowadzi ich prosto pod nasz topór.-odparł cicho Maurycy.
-Na stanowiska.-rozkazał Robert, a marynarze sprawnie wykonali to polecenie.
Wkrótce potem reszta załóg poszła w ich ślady. Na szczęście, wydawane przez nich dźwięki zlały się Gruzinom w jedno z tym co dobiegało od uciekających, czyli eskadry Nicefora.
Tuż za nimi, niczym stado wilków goniących ranne łanie, płynęła gruzińska szpica -piętnaście ciężkich galer wojennych z Amastris.Za nimi ciągnęła się bezładna masa mniejszych, uzbrojonych jednostek handlowych i kaperskich. Ich dowódca, pewny siebie Gruzin, stał na dziobie. Widział przed sobą uciekających Greków a, co ważniejsze, widział w wyobraźni złote kopuły Konstantynopola, które miały pojawić się za kolejnym zakrętem. Jakże się mylił.
Mgła i ukształtowanie terenu, wraz z rozkazem zdemontowania masztów, sprawiła że flota była niewidoczna dla kogoś płynącego środkiem nurtu, dopóki nie znalazł się na jej wysokości. To ostatnie było ryzykownym manewrem, ale Maurycy uznał że na małej powierzchni wód Bosforu same wiosła zupełnie wystarczą.
Gruzini, skupieni na pościgu i walce z prądem, patrzyli tylko przed siebie.
– Jeszcze chwila... – mruknął Robert na pokładzie ukrytej "Jerozolimy". Jego dłoń uniosła się w górę, wstrzymując sygnał.
Czekał, aż ciężkie galery wroga miną zakole. Czekał, aż odsłonią swoje burty. Czekał, aż prąd zniesie ich w idealne pole rażenia.
Kiedy ostatnia z gruzińskich galer bojowych znalazła się na wysokości wylotu zatoki, a za nią wylała się masa chaotycznej drobnicy, Maurycy skinął głową.
Robert opuścił rękę.
–Teraz!
Dźwięk trąby rozerwał ciszę i ponad dwadzieścia galer ruszyło z miejsca. Wiosła wbiły się w wodę, spieniając ją i nabierając prędkości z każdym uderzeniem bębna.
Kartwele byli w szoku. Z mgły na ich prawej flance, z miejsca, gdzie powinny być tylko skały i stare ruiny, wypadła ściana dębu i stali. Nie mieli wiele czasu na zwrot. Niektórzy kapitanowie jednak próbowali.
– Taranem w środek! – krzyknął Maurycy, chwytając się liny, gdy "Święty Maurycy" pędził na flagowy okręt Gruzinów.
Po pokonaniu kilkuset metrów, królewska galera znalazła się w zasięgu rażenia łuczników.
-Tarcze!- krzyknął Orański zasłaniając się swoją.
Po chwili szara mgła poczerniała. Gruzini oddali salwę. W większości była nieskuteczna, ale jednak polała się pierwsza krew w tym starciu.
-Ostrzelać tylne galery!-rozkazał Robert, a łucznicy wycelowali i oddali strzał.
Po chwili do uszu załogantów doszły krzyki trafionych. Nim król zdążył wydać komendę, sprawni łucznicy posłali przeciwnikom drugą salwę, ale zrobili to prawie równo z nimi. Strzały wbijały się w tarcze i pokład, ale wioślarze pracowali nadal i wkrótce flagowce stanęły blisko siebie. Nie udało się staranować Gruzina, ale Maurycy miał asa w rękawie. Nakazał zbliżyć się prawie burta w burtę do wodza najeźdźców.
Wtedy na pokładzie znalazł się mężczyzna odziany w najlepszą zbroję. Trzymał w rękach pewne dziwne urządzenie. Natychmiast przeskoczyli do niego marynarze z pawężami. Należało działać szybko zanim gruszki zorientują się jakie zagrożenie czyha na nich. Cały oddział rzucił się biegiem i sprawnie dotarł do burty choć kilka strzał zdążyło utkwić w tarczach ochrony. Strzelec nie zastanawiał się długo i odpalił Twój śmiercionośny sprzęt. Kilkunastometrowa smuga ognia pomknęła w kierunku wioseł i poszycia wrogiego statku i pożar ogarnął całą jednostkę.
-Uciekać!- wrzasnął przytomnie Robert
Wioślarze, przez chwilę biernie przyglądający się zmaganiom natychmiast zabrali się do pracy. To ocaliło królewski okręt, mimo zapalenia się części wioseł, które wyrzucono do wody. "Święty Maurycy" obrał kolejny cel. W tym samym czasie dromona, dysponująca miotaczem znacznie skuteczniejszym niż mały ręczny egzemplarz z galery władcy, paliła inną gruzińską jednostkę. Kolejny okręt z Jerozolimy nie miał tyle szczęścia. Ogniomistrz na jej pokładzie został trafiony, a w agonii uruchomił broń, zapalając własną jednostkę. Pożaru nie udało się ugasić i konieczne było ratowanie się ucieczką do wody. Podobnie jeszcze dwie inne, tym razem greckie, zostały uszkodzone taranem. Pozostałe galery, spełniły swoje zadanie, zamieniając gruzińską flotę w zwęglone wraki. Większość jednostek handlowych wycofała się gdy ścierały się ze sobą floty wojenne. Sześć z nich, padło jednak łupem galer Nikeforosa.
– To nie bitwa, Robercie. To była egzekucja.- podsumował starcie król,
W końcu, zoddali, od strony północnej, zaczął dobiegać rytmiczny, narastający hałas. Były uderzenia kilkuset wioseł o wodę.
–Słyszysz ich, panie? – szepnął Robert, pochylając się do króla
–Flota zwiadowcza robi swoje. Prowadzi ich prosto pod nasz topór.-odparł cicho Maurycy.
-Na stanowiska.-rozkazał Robert, a marynarze sprawnie wykonali to polecenie.
Wkrótce potem reszta załóg poszła w ich ślady. Na szczęście, wydawane przez nich dźwięki zlały się Gruzinom w jedno z tym co dobiegało od uciekających, czyli eskadry Nicefora.
Tuż za nimi, niczym stado wilków goniących ranne łanie, płynęła gruzińska szpica -piętnaście ciężkich galer wojennych z Amastris.Za nimi ciągnęła się bezładna masa mniejszych, uzbrojonych jednostek handlowych i kaperskich. Ich dowódca, pewny siebie Gruzin, stał na dziobie. Widział przed sobą uciekających Greków a, co ważniejsze, widział w wyobraźni złote kopuły Konstantynopola, które miały pojawić się za kolejnym zakrętem. Jakże się mylił.
Mgła i ukształtowanie terenu, wraz z rozkazem zdemontowania masztów, sprawiła że flota była niewidoczna dla kogoś płynącego środkiem nurtu, dopóki nie znalazł się na jej wysokości. To ostatnie było ryzykownym manewrem, ale Maurycy uznał że na małej powierzchni wód Bosforu same wiosła zupełnie wystarczą.
Gruzini, skupieni na pościgu i walce z prądem, patrzyli tylko przed siebie.
– Jeszcze chwila... – mruknął Robert na pokładzie ukrytej "Jerozolimy". Jego dłoń uniosła się w górę, wstrzymując sygnał.
Czekał, aż ciężkie galery wroga miną zakole. Czekał, aż odsłonią swoje burty. Czekał, aż prąd zniesie ich w idealne pole rażenia.
Kiedy ostatnia z gruzińskich galer bojowych znalazła się na wysokości wylotu zatoki, a za nią wylała się masa chaotycznej drobnicy, Maurycy skinął głową.
Robert opuścił rękę.
–Teraz!
Dźwięk trąby rozerwał ciszę i ponad dwadzieścia galer ruszyło z miejsca. Wiosła wbiły się w wodę, spieniając ją i nabierając prędkości z każdym uderzeniem bębna.
Kartwele byli w szoku. Z mgły na ich prawej flance, z miejsca, gdzie powinny być tylko skały i stare ruiny, wypadła ściana dębu i stali. Nie mieli wiele czasu na zwrot. Niektórzy kapitanowie jednak próbowali.
– Taranem w środek! – krzyknął Maurycy, chwytając się liny, gdy "Święty Maurycy" pędził na flagowy okręt Gruzinów.
Po pokonaniu kilkuset metrów, królewska galera znalazła się w zasięgu rażenia łuczników.
-Tarcze!- krzyknął Orański zasłaniając się swoją.
Po chwili szara mgła poczerniała. Gruzini oddali salwę. W większości była nieskuteczna, ale jednak polała się pierwsza krew w tym starciu.
-Ostrzelać tylne galery!-rozkazał Robert, a łucznicy wycelowali i oddali strzał.
Po chwili do uszu załogantów doszły krzyki trafionych. Nim król zdążył wydać komendę, sprawni łucznicy posłali przeciwnikom drugą salwę, ale zrobili to prawie równo z nimi. Strzały wbijały się w tarcze i pokład, ale wioślarze pracowali nadal i wkrótce flagowce stanęły blisko siebie. Nie udało się staranować Gruzina, ale Maurycy miał asa w rękawie. Nakazał zbliżyć się prawie burta w burtę do wodza najeźdźców.
Wtedy na pokładzie znalazł się mężczyzna odziany w najlepszą zbroję. Trzymał w rękach pewne dziwne urządzenie. Natychmiast przeskoczyli do niego marynarze z pawężami. Należało działać szybko zanim gruszki zorientują się jakie zagrożenie czyha na nich. Cały oddział rzucił się biegiem i sprawnie dotarł do burty choć kilka strzał zdążyło utkwić w tarczach ochrony. Strzelec nie zastanawiał się długo i odpalił Twój śmiercionośny sprzęt. Kilkunastometrowa smuga ognia pomknęła w kierunku wioseł i poszycia wrogiego statku i pożar ogarnął całą jednostkę.
-Uciekać!- wrzasnął przytomnie Robert
Wioślarze, przez chwilę biernie przyglądający się zmaganiom natychmiast zabrali się do pracy. To ocaliło królewski okręt, mimo zapalenia się części wioseł, które wyrzucono do wody. "Święty Maurycy" obrał kolejny cel. W tym samym czasie dromona, dysponująca miotaczem znacznie skuteczniejszym niż mały ręczny egzemplarz z galery władcy, paliła inną gruzińską jednostkę. Kolejny okręt z Jerozolimy nie miał tyle szczęścia. Ogniomistrz na jej pokładzie został trafiony, a w agonii uruchomił broń, zapalając własną jednostkę. Pożaru nie udało się ugasić i konieczne było ratowanie się ucieczką do wody. Podobnie jeszcze dwie inne, tym razem greckie, zostały uszkodzone taranem. Pozostałe galery, spełniły swoje zadanie, zamieniając gruzińską flotę w zwęglone wraki. Większość jednostek handlowych wycofała się gdy ścierały się ze sobą floty wojenne. Sześć z nich, padło jednak łupem galer Nikeforosa.
– To nie bitwa, Robercie. To była egzekucja.- podsumował starcie król,

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Powrót do Konstantynopola był widokiem surowym, ale majestatycznym. To nie był pogrzebowy kondukt, lecz powrót wojowników, którzy wykonali zadanie.
Na czele floty płynęła flagowa galera władcy.
Na pokładach panował porządek. Medycy sprawnie opatrywali poparzonych i rannych, którzy siedzieli oparci o burty. Jednak wzrok każdego, kto patrzył na okręt z murów miasta, przykuwało co innego.
Na śródokręciu, w równych rzędach, leżały ciała poległych. Nie zabrało ich morze. Byli to rycerze i marynarze, którzy zginęli od strzał, mieczy lub ognia na deskach własnych okrętów. Śmierć ponieśli oni w godnej walce, a ich towarzysze zadbali, by wrócili do portu z godnością, aby spocząć w poświęconej ziemi.
Wśród załogi "Świętego Maurycego" tłoczyli się również rozbitkowie z galery "Święty Łazarz".. Byli osmoleni, wielu cierpiało od oparzeń, ale żyli i wiwatowali na cześć swojego dowódcy.
Za frankijskimi galerami płynęła ciężka flota grecka. Ona także nosiła ślady zderzenia z rozpędzoną masą gruzińskich okrętów. Dwie ciężkie galery były poważnie uszkodzone.
Jedna z nich, płynęła w szyku, choć z wyraźnym przechyłem i poszarpanym poszyciem
Druga jednak, nie miała tyle szczęścia.
– Kil pęknięty! Nabieramy wody! – zorientował się w pewnym momencie jej kapitan
Dowódca okrętu, widząc, że nie dopłynie do Złotego Rogu, podjął konieczną decyzję. Okręt osiadł na mieliźnie łagodnie, bez ofiar w ludziach. Inne galery natychmiast podjęły załogę. Marynarze przenosili się sprawnie, zabierając broń oraz swoich rannych i zabitych towarzyszy. Nikt nie został porzucony. Galerę można zbudować, ale o zaprawionych w swoim fachu żeglarzy trudno.
Pochód zamykał Nikeforos i jego lekka eskadra. Wiedli sześć okrętów uderzeniowych przebudowanych z jednostek handlowych.
– Straciliśmy jeden okręt, jeden osadziliśmy na piasku, a Nikeforos poniósł horrendalnie straty w ludziach– podsumował Robert, patrząc na rzędy ciał przykrytych płaszczami na dolnym pokładzie. – A ci ludzie zapłacili najwyższą cenę.
– Nie poszli na dno – odparł Maurycy, kładąc dłoń na ramieniu Roberta. – Wrócili do domu. A ci, którzy przeżyli, wiedzą, że wygrali coś więcej niż bitwę.
Wskazał na północ, gdzie horyzont był teraz czysty.
– Usunęliśmy najpoważniejszy zator. Te sześć pustych transportowców to symbol ich klęski oraz zwycięstwa Orła i Lwa. Teraz czeka nas kolejny etap.
Na czele floty płynęła flagowa galera władcy.
Na pokładach panował porządek. Medycy sprawnie opatrywali poparzonych i rannych, którzy siedzieli oparci o burty. Jednak wzrok każdego, kto patrzył na okręt z murów miasta, przykuwało co innego.
Na śródokręciu, w równych rzędach, leżały ciała poległych. Nie zabrało ich morze. Byli to rycerze i marynarze, którzy zginęli od strzał, mieczy lub ognia na deskach własnych okrętów. Śmierć ponieśli oni w godnej walce, a ich towarzysze zadbali, by wrócili do portu z godnością, aby spocząć w poświęconej ziemi.
Wśród załogi "Świętego Maurycego" tłoczyli się również rozbitkowie z galery "Święty Łazarz".. Byli osmoleni, wielu cierpiało od oparzeń, ale żyli i wiwatowali na cześć swojego dowódcy.
Za frankijskimi galerami płynęła ciężka flota grecka. Ona także nosiła ślady zderzenia z rozpędzoną masą gruzińskich okrętów. Dwie ciężkie galery były poważnie uszkodzone.
Jedna z nich, płynęła w szyku, choć z wyraźnym przechyłem i poszarpanym poszyciem
Druga jednak, nie miała tyle szczęścia.
– Kil pęknięty! Nabieramy wody! – zorientował się w pewnym momencie jej kapitan
Dowódca okrętu, widząc, że nie dopłynie do Złotego Rogu, podjął konieczną decyzję. Okręt osiadł na mieliźnie łagodnie, bez ofiar w ludziach. Inne galery natychmiast podjęły załogę. Marynarze przenosili się sprawnie, zabierając broń oraz swoich rannych i zabitych towarzyszy. Nikt nie został porzucony. Galerę można zbudować, ale o zaprawionych w swoim fachu żeglarzy trudno.
Pochód zamykał Nikeforos i jego lekka eskadra. Wiedli sześć okrętów uderzeniowych przebudowanych z jednostek handlowych.
– Straciliśmy jeden okręt, jeden osadziliśmy na piasku, a Nikeforos poniósł horrendalnie straty w ludziach– podsumował Robert, patrząc na rzędy ciał przykrytych płaszczami na dolnym pokładzie. – A ci ludzie zapłacili najwyższą cenę.
– Nie poszli na dno – odparł Maurycy, kładąc dłoń na ramieniu Roberta. – Wrócili do domu. A ci, którzy przeżyli, wiedzą, że wygrali coś więcej niż bitwę.
Wskazał na północ, gdzie horyzont był teraz czysty.
– Usunęliśmy najpoważniejszy zator. Te sześć pustych transportowców to symbol ich klęski oraz zwycięstwa Orła i Lwa. Teraz czeka nas kolejny etap.

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos
- Maurycy Orański
- Nōbelissimos
- Posty: 544
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Jerozolima
Re: Wielka Wojna Domowa
Kilka dni po bitwie w Zatoce Amnicus, w wojskowym porcie Złotego Rogu panował zorganizowany ruch. Nie było tu miejsca na świętowanie zwycięstwa, na metodyczną reorganizacja sił przed kolejnym etapem kampanii.
Maurycy Orański stał na nabrzeżu obserwując ostatnie przegrupowania sił morskich. Flota ta była mniejsza niż ta, która stawiła opór najeźdzcom. Niedaleko stoczni, oddzielone od reszty, kołysały się cztery jednostki, które miały pozostać w Konstantynopolu. Pierwszą z nich była galera uszkodzona przez wroga. Naprawa miała potrwać tygodnie. Obok niej cumowały trzy mniejsze, szybkie galery z eskadry Nikeforosa. Były w pełni sprawne, nie miały uszkodzeń, a jednak stały puste. Były to statki-widma, pozbawione załóg na rozkaz króla
-Daj sygnał do wyjścia – rozkazał władca. – Czas dokończyć to, co zaczęliśmy w cieśninie.
Poranek pierwszego lutego przyniósł zmianę pogody. Wiatr zelżał, ale mgła zgęstniała, zmieniając Pontos Euxeinos w labirynt bieli i szarości.
Były to warunki idealne do polowania. Flota rzymsko-frankijska nie płynęła już jako jedna masa. Zgodnie z planem Maurycego, rozpadła się na niezależne watahy, zarzucając szeroką sieć na wody Morza Czarnefo. Maurycy Orański, stojąc na mostku swojej flagowej jednostki, patrzył jak poszczególne eskadry znikają w mgle, każda w swoim sektorze.
Na samym środku, działał Demetriusz z pięcioma średnimi i pięcioma małymi. Jego zadaniem patrolować wody Morza Czernego miażdżąc każdego, kto płynął pod banderą Kartwelii. W jego sąsiedztwie miał operować kolejny zespół okrętów. Dowództwo nad nim objął Konstantyn. Jego eskadra – dziesięć średnich i pięć małych galer – miała za zadanie przechwytywać tych, którzy wymknęli się z portu. Najbliżej brzegu, tam gdzie woda była płytka i pełna zdradliwych skał, operowały lekkie siły.Teofil i Bazyli, bliźniacy, wzięli po pięć małych galer, przeszukując zatoczki i ujścia rzek. Takimi samymi siłami dysponował również komandor Teodor, któremu polecono współpracować z braćmi z wysp. Do Nikeforosa i Aleksego należało zablokowanie drogi do Gruzji. Nikeforos, prowadzący potężną grupę dziesięciu średnich i siedmiu małych galer, oraz Aleksy z dromoną wspieraną przez cztery wielkie galery i trzy średnie, mieli przeczesywać wody między Amisus a Trapezuntem i wybrzeżem Kolchidy wyłapując każdy statek który zmierzałby do macierzy wroga. Potężna dromona miała przydać się na wypadek spotkania z większymi jednostkami których istnienie w gruzińskich portach dopuszczał król.
Natomiast król Jerozolimy i jego łaciński dowódca, Robert, wzięli na siebie rolę "wolnych strzelców". Każdy z nich dowodził osobiście wydzieloną eskadrą: dwiema solidnymi, średnimi galerami bojowymi i pięcioma zwinnymi, małymi jednostkami. – Rozdzielamy się, Robercie! – zakrzyknął Maurycy , gdy ich eskadry płynęły jeszcze burta w burtę. – Ty bierzesz sektor zachodni. Ja wezmę wschodni. Do zobaczenia.– Pomyślnych łowów, Najjaśniejszy Panie!– odpowiedział Robert, salutując mieczem. Pierwszy dzień poszukiwań, niestety, był dla króla jałowy.
Maurycy Orański stał na nabrzeżu obserwując ostatnie przegrupowania sił morskich. Flota ta była mniejsza niż ta, która stawiła opór najeźdzcom. Niedaleko stoczni, oddzielone od reszty, kołysały się cztery jednostki, które miały pozostać w Konstantynopolu. Pierwszą z nich była galera uszkodzona przez wroga. Naprawa miała potrwać tygodnie. Obok niej cumowały trzy mniejsze, szybkie galery z eskadry Nikeforosa. Były w pełni sprawne, nie miały uszkodzeń, a jednak stały puste. Były to statki-widma, pozbawione załóg na rozkaz króla
-Daj sygnał do wyjścia – rozkazał władca. – Czas dokończyć to, co zaczęliśmy w cieśninie.
Poranek pierwszego lutego przyniósł zmianę pogody. Wiatr zelżał, ale mgła zgęstniała, zmieniając Pontos Euxeinos w labirynt bieli i szarości.
Były to warunki idealne do polowania. Flota rzymsko-frankijska nie płynęła już jako jedna masa. Zgodnie z planem Maurycego, rozpadła się na niezależne watahy, zarzucając szeroką sieć na wody Morza Czarnefo. Maurycy Orański, stojąc na mostku swojej flagowej jednostki, patrzył jak poszczególne eskadry znikają w mgle, każda w swoim sektorze.
Na samym środku, działał Demetriusz z pięcioma średnimi i pięcioma małymi. Jego zadaniem patrolować wody Morza Czernego miażdżąc każdego, kto płynął pod banderą Kartwelii. W jego sąsiedztwie miał operować kolejny zespół okrętów. Dowództwo nad nim objął Konstantyn. Jego eskadra – dziesięć średnich i pięć małych galer – miała za zadanie przechwytywać tych, którzy wymknęli się z portu. Najbliżej brzegu, tam gdzie woda była płytka i pełna zdradliwych skał, operowały lekkie siły.Teofil i Bazyli, bliźniacy, wzięli po pięć małych galer, przeszukując zatoczki i ujścia rzek. Takimi samymi siłami dysponował również komandor Teodor, któremu polecono współpracować z braćmi z wysp. Do Nikeforosa i Aleksego należało zablokowanie drogi do Gruzji. Nikeforos, prowadzący potężną grupę dziesięciu średnich i siedmiu małych galer, oraz Aleksy z dromoną wspieraną przez cztery wielkie galery i trzy średnie, mieli przeczesywać wody między Amisus a Trapezuntem i wybrzeżem Kolchidy wyłapując każdy statek który zmierzałby do macierzy wroga. Potężna dromona miała przydać się na wypadek spotkania z większymi jednostkami których istnienie w gruzińskich portach dopuszczał król.
Natomiast król Jerozolimy i jego łaciński dowódca, Robert, wzięli na siebie rolę "wolnych strzelców". Każdy z nich dowodził osobiście wydzieloną eskadrą: dwiema solidnymi, średnimi galerami bojowymi i pięcioma zwinnymi, małymi jednostkami. – Rozdzielamy się, Robercie! – zakrzyknął Maurycy , gdy ich eskadry płynęły jeszcze burta w burtę. – Ty bierzesz sektor zachodni. Ja wezmę wschodni. Do zobaczenia.– Pomyślnych łowów, Najjaśniejszy Panie!– odpowiedział Robert, salutując mieczem. Pierwszy dzień poszukiwań, niestety, był dla króla jałowy.

z łaski Boga król i arcybiskup Jerozolimy,
Nobelissimos