Życie w Królestwie
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Życie w Królestwie
W dniu 22 kwietnia Jerozolima była już pełna pielgrzymów, podobnie jak jej okolice. Pielgrzymi ze wszystkich stron królestwa, jak i zagranicy, szczególnie przez port w Jaffie. Pielgrzymi kierowali się na południe, w kierunku Betlejem. Tam zatrzymywali się we wsi pod Betlejem Casale Sancti Georgii, a przez arabskojęzycznych mieszkańców Lewantu El-Chadr-od tajemniczej sprawiedliwej postaci z Koranu którą miejscowi łączą właśnie ze świętym Jerzym. Ubożsi pielgrzymi po krótkiej modlitwie w miejscowym klasztorze, na miejscu którego podobno przetrzymywano świętego Jerzego przed jego męczeństwem, wyruszali dalej do Lyddy by zdążyć na główne uroczystości. Bogatsi, którzy podróżowali konno mogli sobie pozwolić na postój do kolejnego poranka. Wtedy w przyklasztornym kościele zgromadziła się sama katolicka "śmietanką": król, oficerowie, biskupi i przełożeni zakonni oraz wyższe duchowieństwo jak również rycerstwo oraz przedniejsi pielgrzymi. Po odśpiewaniu uroczystej jutrzni zebrani dosiedli koni i i ruszyli w kierunku sanktuarium świętego. Po jakimś czasie dotarli do Lyddy gdzie przebywało już sporo ludu oczekując przybycia patriarchy który miał przewodniczyć uroczystościom.
Po celebracji nad grobem męczennika rozpoczęła się feta: po domach, po karczmach, na ulicach, na plebanii kościoła. Tańce, śpiewy, ucztowanie do nocy. Król, jak to miał w zwyczaju, wykorzystywał okazję aby mieszać się z poddanymi
Po celebracji nad grobem męczennika rozpoczęła się feta: po domach, po karczmach, na ulicach, na plebanii kościoła. Tańce, śpiewy, ucztowanie do nocy. Król, jak to miał w zwyczaju, wykorzystywał okazję aby mieszać się z poddanymi

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
Gdy dzwony jerozolimskich świątyń uderzyły o świtaniu, mieszkańcy wiedzieli, że ten dzień będzie wyjątkowy. Maurycy, ich ukochany król, powracał po długiej nieobecności. Przez wiele miesięcy trapiła go ciężka choroba, która zmusiła go do szukania uzdrowienia w odległych, obcych stronach. Wieści o jego powrocie rozeszły się po całym królestwie, przyciągając do miasta tłumy, które z niecierpliwością czekały, by powitać swojego władcę.
U bram Jerozolimy ustawili się bogato ubrani możni, kapłani , a także zwykli ludzie – wszyscy zgromadzeni, by na własne oczy ujrzeć króla. Gdy orszak Maurycego zbliżał się do bram, cisza zapadła nad miastem, a serca tłumu biły szybciej. Wysoko na koniu, Maurycy wydawał się słabszy niż dawniej, ale jednocześnie tryskał wewnętrzną siłą, którą wywołały miesiące walki o zdrowie.
Kiedy wjechał do miasta, ludzie zaczęli wiwatować, wołając jego imię z taką mocą, że echo odbijało się od murów. Maurycy, wzruszony tym powitaniem, zatrzymał się i spojrzał na swoich poddanych. W jego spojrzeniu malowała się wdzięczność, ale i odnowione poczucie obowiązku. Wiedział, że Jerozolima przetrwała trudne chwile bez niego i że teraz potrzebuje go bardziej niż kiedykolwiek.
Gdy dotarł do pałacu, zasiadł na tronie, otoczony najbliższymi doradcami i przedstawicielami rady królewskiej. Wstał, wziął głęboki oddech i przemówił:
– Zmagając się z chorobą, miałem wiele chwil na rozmyślania. Teraz powracam do was z odnowionym sercem i pragnieniem, by służyć temu królestwu z większą gorliwością niż kiedykolwiek. Jerozolima to więcej niż miejsce – to nasza wspólna nadzieja, nasze wspólne marzenia i przyszłość.
Jego słowa wywołały entuzjastyczne okrzyki. Ludzie czuli, że ich władca powrócił nie tylko ciałem, ale i duchem, gotowy stawić czoła przyszłym wyzwaniom. Maurycy, choć naznaczony trudami i cierpieniem, wrócił do swojego królestwa silniejszy i bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek wcześniej. Jego powrót zwiastował nową erę – erę jedności, odbudowy i nadziei.
U bram Jerozolimy ustawili się bogato ubrani możni, kapłani , a także zwykli ludzie – wszyscy zgromadzeni, by na własne oczy ujrzeć króla. Gdy orszak Maurycego zbliżał się do bram, cisza zapadła nad miastem, a serca tłumu biły szybciej. Wysoko na koniu, Maurycy wydawał się słabszy niż dawniej, ale jednocześnie tryskał wewnętrzną siłą, którą wywołały miesiące walki o zdrowie.
Kiedy wjechał do miasta, ludzie zaczęli wiwatować, wołając jego imię z taką mocą, że echo odbijało się od murów. Maurycy, wzruszony tym powitaniem, zatrzymał się i spojrzał na swoich poddanych. W jego spojrzeniu malowała się wdzięczność, ale i odnowione poczucie obowiązku. Wiedział, że Jerozolima przetrwała trudne chwile bez niego i że teraz potrzebuje go bardziej niż kiedykolwiek.
Gdy dotarł do pałacu, zasiadł na tronie, otoczony najbliższymi doradcami i przedstawicielami rady królewskiej. Wstał, wziął głęboki oddech i przemówił:
– Zmagając się z chorobą, miałem wiele chwil na rozmyślania. Teraz powracam do was z odnowionym sercem i pragnieniem, by służyć temu królestwu z większą gorliwością niż kiedykolwiek. Jerozolima to więcej niż miejsce – to nasza wspólna nadzieja, nasze wspólne marzenia i przyszłość.
Jego słowa wywołały entuzjastyczne okrzyki. Ludzie czuli, że ich władca powrócił nie tylko ciałem, ale i duchem, gotowy stawić czoła przyszłym wyzwaniom. Maurycy, choć naznaczony trudami i cierpieniem, wrócił do swojego królestwa silniejszy i bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek wcześniej. Jego powrót zwiastował nową erę – erę jedności, odbudowy i nadziei.

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
W wielkiej sali Pałacu Dawida zebrała się Rada Królestw , Po raz pierwszy od miesięcy wśród możnych zasiadł jej formalny przewodniczący– król Maurycy. Członkowie rady patrzyli na swojego władcę z mieszanką ulgi i wyczekiwania.
Król uniósł się lekko na tronie, dłonią wspierając się na lwie wyrzeźbionym w poręczy. Z jego ust padły pierwsze słowa, które uciszyły wszelki szept:
– Bracia w służbie Koronie, dziękuję wam za waszą wytrwałość w mojej nieobecności. Teraz jednak nadszedł czas, byśmy, zamiast skupić się na przetrwaniu, spojrzeli w przyszłość. Wiele wyzwań stoi przed nami, a moje zdrowie, choć odnowione, wciąż nie jest najlepsze. Nie jestem już najmłodszy. Liczę na waszą pomoc, Wielmożni Baronowie.
W ciszy, która zapadła, dało się słyszeć jedynie szmer płomieni w kominku i skrzypienie pergaminów, które przed sobą mieli doradcy. Maurycy spojrzał na stojącego obok kanclerza – starszego mężczyznę o bystrym spojrzeniu, piastującego od niedawna urząd Arcybiskupa Betlejem
– Ekscelencjo przedstaw sprawozdanie z ostatnich miesięcy – powiedział król.
Kanclerz skłonił się nisko i przemówił:
– Wasza Miłość, królestwo, dzięki łasce Boga i ciężkiej pracy zebranych tu doradców, utrzymało stabilność. Dochody z ceł i podatków są nieco zmniejszone, lecz wystarczające. Jednak pogranicze pod ciągłym zagrożeniem coraz śmielszymi wypadami emirów władających sąsiednimi ziemiami, a w południowych prowincjach susza dotknęła chłopów, wywołując niezadowolenie.
Maurycy zmarszczył brwi, słysząc te wieści.
– A co z naszym wojskiem? – zapytał, kierując spojrzenie na marszałka armii, hrabiego Baldwina.
– Wasza Miłość – odparł Baldwin, prostując się w swej zbroi ozdobionej herbem królestwa – nasze siły są zdyscyplinowane, lecz brakuje im zapasów i odpowiedniego uzbrojenia. Jeśli mamy przeciwstawić się zagrożeniom, potrzebne będą inwestycje w zbrojenia.
Król słuchał uważnie, kiwając głową.
– Zatem to jasne – powiedział w końcu. – Musimy działać szybko i zdecydowanie. Kanclerzu, rozpocznijmy planowanie ulg podatkowych dla chłopów dotkniętych suszą. Marszałku, zwołaj radę wojenną. Chcę znać każdy szczegół, który pozwoli nam zabezpieczyć granice. A wy – spojrzał na biskupa Armanda – zwołajcie synod duchownych, by podnieść morale wśród ludu i przypomnieć im o naszej jedności i opiece Najwyższego.
Zebrani odpowiedzieli chóralnym „Tak jest, Wasza Miłość!”.
Gdy narada dobiegła końca, a doradcy rozeszli się do swoich zadań, Maurycy pozostał w sali jeszcze chwilę. Patrząc na rozświetlony promieniami słońca herb Jerozolimy, cicho powiedział do siebie:
– Jerozolima przetrwała w mojej nieobecności. Teraz musi rozkwitnąć. Ale najpierw bezpieczeństwo.
Król uniósł się lekko na tronie, dłonią wspierając się na lwie wyrzeźbionym w poręczy. Z jego ust padły pierwsze słowa, które uciszyły wszelki szept:
– Bracia w służbie Koronie, dziękuję wam za waszą wytrwałość w mojej nieobecności. Teraz jednak nadszedł czas, byśmy, zamiast skupić się na przetrwaniu, spojrzeli w przyszłość. Wiele wyzwań stoi przed nami, a moje zdrowie, choć odnowione, wciąż nie jest najlepsze. Nie jestem już najmłodszy. Liczę na waszą pomoc, Wielmożni Baronowie.
W ciszy, która zapadła, dało się słyszeć jedynie szmer płomieni w kominku i skrzypienie pergaminów, które przed sobą mieli doradcy. Maurycy spojrzał na stojącego obok kanclerza – starszego mężczyznę o bystrym spojrzeniu, piastującego od niedawna urząd Arcybiskupa Betlejem
– Ekscelencjo przedstaw sprawozdanie z ostatnich miesięcy – powiedział król.
Kanclerz skłonił się nisko i przemówił:
– Wasza Miłość, królestwo, dzięki łasce Boga i ciężkiej pracy zebranych tu doradców, utrzymało stabilność. Dochody z ceł i podatków są nieco zmniejszone, lecz wystarczające. Jednak pogranicze pod ciągłym zagrożeniem coraz śmielszymi wypadami emirów władających sąsiednimi ziemiami, a w południowych prowincjach susza dotknęła chłopów, wywołując niezadowolenie.
Maurycy zmarszczył brwi, słysząc te wieści.
– A co z naszym wojskiem? – zapytał, kierując spojrzenie na marszałka armii, hrabiego Baldwina.
– Wasza Miłość – odparł Baldwin, prostując się w swej zbroi ozdobionej herbem królestwa – nasze siły są zdyscyplinowane, lecz brakuje im zapasów i odpowiedniego uzbrojenia. Jeśli mamy przeciwstawić się zagrożeniom, potrzebne będą inwestycje w zbrojenia.
Król słuchał uważnie, kiwając głową.
– Zatem to jasne – powiedział w końcu. – Musimy działać szybko i zdecydowanie. Kanclerzu, rozpocznijmy planowanie ulg podatkowych dla chłopów dotkniętych suszą. Marszałku, zwołaj radę wojenną. Chcę znać każdy szczegół, który pozwoli nam zabezpieczyć granice. A wy – spojrzał na biskupa Armanda – zwołajcie synod duchownych, by podnieść morale wśród ludu i przypomnieć im o naszej jedności i opiece Najwyższego.
Zebrani odpowiedzieli chóralnym „Tak jest, Wasza Miłość!”.
Gdy narada dobiegła końca, a doradcy rozeszli się do swoich zadań, Maurycy pozostał w sali jeszcze chwilę. Patrząc na rozświetlony promieniami słońca herb Jerozolimy, cicho powiedział do siebie:
– Jerozolima przetrwała w mojej nieobecności. Teraz musi rozkwitnąć. Ale najpierw bezpieczeństwo.

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
Trzy dni później, w chłodny poranek, sala narad w królewskim pałacu w Jerozolimie wypełniła się ludźmi. Tym razem zgromadzenie było bardziej różnorodne – poza radą królewską w posiedzeniu uczestniczyli również wysłannik sułtana Egiptu i posłańcy z pogranicznych regionów. Na środku sali stał wielki stół pokryty mapami królestwa, na których zaznaczono kluczowe punkty – twierdze, drogi handlowe i miejsca ostatnich potyczek.
Król Maurycy wszedł powoli, ale z godnością, ubrany w białą tunikę z haftowanym herbem Jerozolimy. Towarzyszył mu kanclerz Hugo oraz marszałek Baldwin. Obecni wstali, oddając królowi hołd, zanim wszyscy zajęli swoje miejsca.
– Panowie i panie – rozpoczął król, wskazując na mapy – zgromadziliśmy się tutaj, by omówić sprawy kluczowe dla przyszłości królestwa. Na granicach z Emiratem Damaszku mnożą się prowokacje. Ich jeźdźcy plądrują nasze wsie, a ostatnie o ruchach wojowników i, którzy mogą dążyć do zbrojnego zajęcia Doliny Świętych Źródeł.
-To dolina w Libanie gdzie znajdują się monastery, tak? Poprawcie mnie jeśli się mylę-powiedział król, chcąc się upewnić czy wie o czym mowa, a doradcy pokiwali głowami.
Marszałek Baldwin podszedł do stołu i wskazał na południowo-wschodnią część mapy.
– Tu, w regionie Pustyni Negew nasze siły graniczne liczą nie więcej niż czterystu ludzi. To zdecydowanie za mało, by powstrzymać zorganizowany atak. Jeśli jednak umocnimy fort Krak de Moab i przeprowadzimy szybki zaciąg, będziemy w stanie zyskać przewagę strategiczną.
Przysłuchujący się temu ambasador sułtana Egiptu, ubrany w bogato zdobioną szatę, zmrużył oczy.
– Wasza Miłość – odezwał się powoli – zapewniam, że mój pan, An-Nasir, pragnie pokoju między swoimi sąsiadami. Proszę, pozwólcie nam negocjować warunki z Turkami, zanim rozważymy militarne rozwiązania w imię starej przyjaźni.
Słowa te wywołały pomruk wśród zebranych, lecz król uniósł rękę, by uciszyć zebranych.
– Ambasadorze – powiedział spokojnie – jestem królem, który rozumie wartość pokoju, ale również obowiązek obrony swojego ludu. Zaznaczcie w moim imieniu że nie zawahamy się użyć siły. Pojedzie z wami mój rycerz, Francisco.
Po kilku godzinach intensywnych debat rada zakończyła obrady. Rozkazy zostały wydane, a król podjął kroki dyplomatyczne, które miały zyskać na czasie, podczas gdy jego armia przygotowywała się do ewentualnych działań.
Tego wieczoru Maurycy długo rozmyślał, spoglądając na światła miasta z balkonu swojego pałacu. Wiedział, że balansuje na cienkiej linii między wojną a pokojem, ale w jego sercu płonęła determinacja, by Jerozolima przetrwała – silna i niezłomna. Jak kiedyś
Król Maurycy wszedł powoli, ale z godnością, ubrany w białą tunikę z haftowanym herbem Jerozolimy. Towarzyszył mu kanclerz Hugo oraz marszałek Baldwin. Obecni wstali, oddając królowi hołd, zanim wszyscy zajęli swoje miejsca.
– Panowie i panie – rozpoczął król, wskazując na mapy – zgromadziliśmy się tutaj, by omówić sprawy kluczowe dla przyszłości królestwa. Na granicach z Emiratem Damaszku mnożą się prowokacje. Ich jeźdźcy plądrują nasze wsie, a ostatnie o ruchach wojowników i, którzy mogą dążyć do zbrojnego zajęcia Doliny Świętych Źródeł.
-To dolina w Libanie gdzie znajdują się monastery, tak? Poprawcie mnie jeśli się mylę-powiedział król, chcąc się upewnić czy wie o czym mowa, a doradcy pokiwali głowami.
Marszałek Baldwin podszedł do stołu i wskazał na południowo-wschodnią część mapy.
– Tu, w regionie Pustyni Negew nasze siły graniczne liczą nie więcej niż czterystu ludzi. To zdecydowanie za mało, by powstrzymać zorganizowany atak. Jeśli jednak umocnimy fort Krak de Moab i przeprowadzimy szybki zaciąg, będziemy w stanie zyskać przewagę strategiczną.
Przysłuchujący się temu ambasador sułtana Egiptu, ubrany w bogato zdobioną szatę, zmrużył oczy.
– Wasza Miłość – odezwał się powoli – zapewniam, że mój pan, An-Nasir, pragnie pokoju między swoimi sąsiadami. Proszę, pozwólcie nam negocjować warunki z Turkami, zanim rozważymy militarne rozwiązania w imię starej przyjaźni.
Słowa te wywołały pomruk wśród zebranych, lecz król uniósł rękę, by uciszyć zebranych.
– Ambasadorze – powiedział spokojnie – jestem królem, który rozumie wartość pokoju, ale również obowiązek obrony swojego ludu. Zaznaczcie w moim imieniu że nie zawahamy się użyć siły. Pojedzie z wami mój rycerz, Francisco.
Po kilku godzinach intensywnych debat rada zakończyła obrady. Rozkazy zostały wydane, a król podjął kroki dyplomatyczne, które miały zyskać na czasie, podczas gdy jego armia przygotowywała się do ewentualnych działań.
Tego wieczoru Maurycy długo rozmyślał, spoglądając na światła miasta z balkonu swojego pałacu. Wiedział, że balansuje na cienkiej linii między wojną a pokojem, ale w jego sercu płonęła determinacja, by Jerozolima przetrwała – silna i niezłomna. Jak kiedyś

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
Tydzień po naradzie w Jerozolimie do pałacu królewskiego dotarły pierwsze wieści od Egipcjan. Poseł egipski, wysłany wspólnie z Frankiem z Jerozolimy z zadaniem negocjacji, spotkał się w Kairze z przedstawicielami tureckich emiratów. Egipt, jako potęga polityczna i gospodarcza regionu, cieszył się autorytetem zarówno wśród muzułmanów, jak i chrześcijan. Dzięki tej pozycji mógł stać się pomostem między Jerozolimą a skonfliktowanymi emiratami.
W pałacu króla Maurycego zebrano się ponownie by wysłuchać posła, który właśnie wrócił z negocjacji. Był to mężczyzna w średnim wieku o bystrych oczach, ubrany w jedwabną szatę zdobioną złotymi haftami – prezent od kairskiego sułtana, symbol sukcesu jego misji.
– Wasza Miłość – rozpoczął poseł, składając niski ukłon – mam zaszczyt ogłosić, że negocjacje w Kairze przyniosły wstępne porozumienie.
Maurycy, zasiadający na tronie, skinął głową, zachęcając do kontynuacji.
– Sułtan Egiptu zgodził się pełnić rolę mediatora między Jerozolimą a emiratami tureckimi. Po wielu dniach rozmów przekonaliśmy ich liderów do wstrzymania działań zaczepnych na waszych granicach. W zamian oczekują oni drobnych ustępstw handlowych – głównie zniesienia ceł na jedwab i przyprawy przechodzące przez porty jerozolimskie.
– Czy zgodzili się na trwały pokój? – zapytał Maurycy, pochylając się lekko do przodu.
– Na razie zawarliśmy jedynie rozejm na sześć miesięcy. Jest to jednak okazja, by przygotować długoterminowe porozumienie. Warunkiem tego pokoju, jest widoczny gest dobrej woli z naszej strony. Możemy zaoferować poselstwo do Damaszku lub wysłać symboliczną darowiznę dla ubogich w ich regionie.
Marszałek Baldwin zmarszczył brwi, wciąż nieufny wobec jakichkolwiek gestów wobec potencjalnych wrogów:
– Wasza Miłość, rozejm to tylko tymczasowy środek. Emiraty, nawet jeśli teraz milczą, mogą w każdej chwili złamać słowo. Powinniśmy wykorzystać ten czas na umocnienie granic i wzmocnienie armii, zamiast polegać na obietnicach.
Kanclerz Hugo, bardziej pragmatyczny, odpowiedział:
– Rozejm daje nam czas, którego obecnie potrzebujemy. Nie oznacza to, że mamy zaprzestać przygotowań wojskowych. Jednak każdy dzień pokoju pozwala nam odbudować skarbiec i przygotować lepszą obronę.
Maurycy wstał, przerywając narastającą dyskusję:
– Pokój, choćby chwilowy, jest darem, który musimy mądrze wykorzystać. Przyjmujemy warunki rozejmu, ale równocześnie przygotowujemy się na możliwość zdrady. Kanclerzu Hugo, przygotuj dokumenty handlowe znoszące cła na towary emirów, ale tylko na czas obowiązywania rozejmu. Marszałku Baldwinie, wzmocnij garnizony na południu oraz wschodzie. Niech wróg widzi, że jesteśmy gotowi do obrony, nawet gdy wyciągamy rękę do zgody.
Zebrani skłonili się przed królem, zgadzając się na jego rozkazy.
Tego wieczoru, gdy narada dobiegła końca, Maurycy udał się na balkon pałacu, spoglądając na rozświetlone światłem księżyca miasto. Wiedział, że sześć miesięcy rozejmu to czas na oddech, ale także na przygotowania do niepewnej przyszłości.
„Egipt wyświadczył nam przysługę, ale pokój, jak zawsze, wymaga czujności” – pomyślał. W głębi duszy czuł, że ten rozejm to zaledwie preludium do większych wydarzeń, które nieuchronnie nadciągały nad Święte Miasto.
W pałacu króla Maurycego zebrano się ponownie by wysłuchać posła, który właśnie wrócił z negocjacji. Był to mężczyzna w średnim wieku o bystrych oczach, ubrany w jedwabną szatę zdobioną złotymi haftami – prezent od kairskiego sułtana, symbol sukcesu jego misji.
– Wasza Miłość – rozpoczął poseł, składając niski ukłon – mam zaszczyt ogłosić, że negocjacje w Kairze przyniosły wstępne porozumienie.
Maurycy, zasiadający na tronie, skinął głową, zachęcając do kontynuacji.
– Sułtan Egiptu zgodził się pełnić rolę mediatora między Jerozolimą a emiratami tureckimi. Po wielu dniach rozmów przekonaliśmy ich liderów do wstrzymania działań zaczepnych na waszych granicach. W zamian oczekują oni drobnych ustępstw handlowych – głównie zniesienia ceł na jedwab i przyprawy przechodzące przez porty jerozolimskie.
– Czy zgodzili się na trwały pokój? – zapytał Maurycy, pochylając się lekko do przodu.
– Na razie zawarliśmy jedynie rozejm na sześć miesięcy. Jest to jednak okazja, by przygotować długoterminowe porozumienie. Warunkiem tego pokoju, jest widoczny gest dobrej woli z naszej strony. Możemy zaoferować poselstwo do Damaszku lub wysłać symboliczną darowiznę dla ubogich w ich regionie.
Marszałek Baldwin zmarszczył brwi, wciąż nieufny wobec jakichkolwiek gestów wobec potencjalnych wrogów:
– Wasza Miłość, rozejm to tylko tymczasowy środek. Emiraty, nawet jeśli teraz milczą, mogą w każdej chwili złamać słowo. Powinniśmy wykorzystać ten czas na umocnienie granic i wzmocnienie armii, zamiast polegać na obietnicach.
Kanclerz Hugo, bardziej pragmatyczny, odpowiedział:
– Rozejm daje nam czas, którego obecnie potrzebujemy. Nie oznacza to, że mamy zaprzestać przygotowań wojskowych. Jednak każdy dzień pokoju pozwala nam odbudować skarbiec i przygotować lepszą obronę.
Maurycy wstał, przerywając narastającą dyskusję:
– Pokój, choćby chwilowy, jest darem, który musimy mądrze wykorzystać. Przyjmujemy warunki rozejmu, ale równocześnie przygotowujemy się na możliwość zdrady. Kanclerzu Hugo, przygotuj dokumenty handlowe znoszące cła na towary emirów, ale tylko na czas obowiązywania rozejmu. Marszałku Baldwinie, wzmocnij garnizony na południu oraz wschodzie. Niech wróg widzi, że jesteśmy gotowi do obrony, nawet gdy wyciągamy rękę do zgody.
Zebrani skłonili się przed królem, zgadzając się na jego rozkazy.
Tego wieczoru, gdy narada dobiegła końca, Maurycy udał się na balkon pałacu, spoglądając na rozświetlone światłem księżyca miasto. Wiedział, że sześć miesięcy rozejmu to czas na oddech, ale także na przygotowania do niepewnej przyszłości.
„Egipt wyświadczył nam przysługę, ale pokój, jak zawsze, wymaga czujności” – pomyślał. W głębi duszy czuł, że ten rozejm to zaledwie preludium do większych wydarzeń, które nieuchronnie nadciągały nad Święte Miasto.

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Rainald de Flandria
- Sebastos
- Posty: 35
- Rejestracja: 27 lut 2025, 19:08
- Lokalizacja: Królestwo Jerozolimy
Re: Życie w Królestwie
W stolicy Królestwa jerozolimskiego pojawił się Rainald de Flandria. Rycerz przybył tu by służyć królowi i pomówić z nim na temat królestwa oraz jego bezpieczeństwa. Rainald udał się do Haute Cour.
Rainald de Flandria
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
Na horyzoncie, pod zachodzącym słońcem, pojawiły się białe żagle. Statki z Europy wchodziły do portu Trypolisu, niosąc setki rycerzy, którzy odpowiedzieli na wezwanie do wojny. Byli wśród nich Włosi, rycerze z południowej Francji, a także Hiszpanie – wszyscy zbrojni, wszyscy gotowi do walki.
Na nabrzeżu zebrali się kupcy, żołnierze garnizonu i mieszkańcy, patrząc, jak drewniane trapy opadają na pomosty. Z pierwszego statku zeszła grupa rycerzy w lśniących kirysach, z pióropuszami na hełmach. Na czele szedł znaczny rycerz z Neapolu, jego peleryna powiewała na wietrze.
— Trypolis wita was, panowie! — powitał ich miejscowy dowódca.
— I my witamy Trypolis! Ale nie przyszliśmy tu, by odpoczywać, lecz by walczyć.
Za rycerzami zaczęli schodzić piechurzy – 135 wojowników z Europy. Byli wśród nich głównie synowie bogatszych mieszczan z Flandrii którzy mogli sobie pozwolić na zakup wyposażenia i broni oraz podróż do Lewantu.
Przygotowano dla nich kwatery, ale ich dowódcy wiedzieli, że to tylko na noc i wkrótce wyruszą na północ.
Na wschód od Trypolisu, w tym samym czasie, drogą wśród gajów oliwnych i ruin antycznych miast, maszerowała inna armia. Oddział jeźdźców maronickich, w lekkich kolczugach, z lancami i łukami na plecach, przemierzało szlak ku Antiochii. Ich konie, przyzwyczajone do górskich ścieżek, poruszały się szybko i zwinnie.
Za nimi jechali wojownicy spośród syryjskich katolików – . Szeregi ich tarcz błyszczały w popołudniowym słońcu, a drewniane włócznie kołysały się w rytm kroków koni.
Po drodze witali ich kapłani i mieszkańcy wiosek, niosąc wodę i jedzenie. Wiedzieli, że ci ludzie nie idą rabować, ale walczyć o wiarę i ziemię, którą uważali za swoją.
Gdy zapadała noc, w oddali było już widać światła Antiochii. Tam mieli zebrać się pod sztandarami króla Jerozolimy. Wojna nadchodziła.
### **Wymarsz króla Maurycego z Jerozolimy**
Słońce wznosiło się powoli nad Jerozolimą, rzucając złociste światło na kopuły i kamienne mury świętego miasta. Na dziedzińcu Bazyliki Grobu Pańskiego tłoczyli się żołnierze i dostojnicy. Zapach kadzidła unosił się w powietrzu, a chorały rozbrzmiewały pod sklepieniami świątyni.
Patriarcha, w szatach zdobionych złotem, stał przed ołtarzem i uniósł ręce do błogosławieństwa.
-Niech Pan prowadzi was ku zwycięstwu i strzeże tej świętej ziemi. W Jego imię maszerujecie, w Jego imię powrócicie-
Król Maurycy, odziany w białą tunikę pod narzuconą kolczugą, uklęknął, by przyjąć błogosławieństwo. Następnie wstał, a jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza.
Gdy dźwięk trąb rozbrzmiał nad miastem, armia ruszyła.
Na czele jechał sam król Maurycy, otoczony przez swoich przybocznych rycerzy. Ich sztandary, ozdobione złotymi krzyżami i lwami, powiewały w porannym wietrze. Za nimi podążały oddziały piechoty i jazdy, rozciągając się na całej długości drogi.
Wśród wojsk frankijskich maszerowało 200 Koursores,ciężkiej jazdy tradycji bizantyjskiej, odzianej w pancerze z lamel i uzbrojonej w długie kontos. Ich konie poruszały się powoli, w zwartym szyku, gotowi do uderzenia w każdej chwili.
Nieco dalej jechali Turkopole– lekka jazda, znana ze swojej szybkości i biegłości w walce konnej. Byli uzbrojeni w łuki i krótkie miecze, gotowi do oskrzydlenia wroga lub przeprowadzenia zwiadu.
Za nimi kroczyło 400 włóczników uzbrojonych w stylu greckim. Ich długie włócznie połyskiwały w słońcu, a szerokie tarcze zwiastowały solidną linię obrony.
Miasto Jerozolima powoli zostawało za nimi. Kobiety i dzieci żegnały swoich mężów i ojców, wpatrując się w oddalające się szeregi. Za murami czekały wzgórza Judei, a dalej – otwarte szlaki ku Antiochii.
Król Maurycy raz jeszcze spojrzał na święte miasto, a potem skierował wzrok naprzód. Wojna czekała.
Na nabrzeżu zebrali się kupcy, żołnierze garnizonu i mieszkańcy, patrząc, jak drewniane trapy opadają na pomosty. Z pierwszego statku zeszła grupa rycerzy w lśniących kirysach, z pióropuszami na hełmach. Na czele szedł znaczny rycerz z Neapolu, jego peleryna powiewała na wietrze.
— Trypolis wita was, panowie! — powitał ich miejscowy dowódca.
— I my witamy Trypolis! Ale nie przyszliśmy tu, by odpoczywać, lecz by walczyć.
Za rycerzami zaczęli schodzić piechurzy – 135 wojowników z Europy. Byli wśród nich głównie synowie bogatszych mieszczan z Flandrii którzy mogli sobie pozwolić na zakup wyposażenia i broni oraz podróż do Lewantu.
Przygotowano dla nich kwatery, ale ich dowódcy wiedzieli, że to tylko na noc i wkrótce wyruszą na północ.
Na wschód od Trypolisu, w tym samym czasie, drogą wśród gajów oliwnych i ruin antycznych miast, maszerowała inna armia. Oddział jeźdźców maronickich, w lekkich kolczugach, z lancami i łukami na plecach, przemierzało szlak ku Antiochii. Ich konie, przyzwyczajone do górskich ścieżek, poruszały się szybko i zwinnie.
Za nimi jechali wojownicy spośród syryjskich katolików – . Szeregi ich tarcz błyszczały w popołudniowym słońcu, a drewniane włócznie kołysały się w rytm kroków koni.
Po drodze witali ich kapłani i mieszkańcy wiosek, niosąc wodę i jedzenie. Wiedzieli, że ci ludzie nie idą rabować, ale walczyć o wiarę i ziemię, którą uważali za swoją.
Gdy zapadała noc, w oddali było już widać światła Antiochii. Tam mieli zebrać się pod sztandarami króla Jerozolimy. Wojna nadchodziła.
### **Wymarsz króla Maurycego z Jerozolimy**
Słońce wznosiło się powoli nad Jerozolimą, rzucając złociste światło na kopuły i kamienne mury świętego miasta. Na dziedzińcu Bazyliki Grobu Pańskiego tłoczyli się żołnierze i dostojnicy. Zapach kadzidła unosił się w powietrzu, a chorały rozbrzmiewały pod sklepieniami świątyni.
Patriarcha, w szatach zdobionych złotem, stał przed ołtarzem i uniósł ręce do błogosławieństwa.
-Niech Pan prowadzi was ku zwycięstwu i strzeże tej świętej ziemi. W Jego imię maszerujecie, w Jego imię powrócicie-
Król Maurycy, odziany w białą tunikę pod narzuconą kolczugą, uklęknął, by przyjąć błogosławieństwo. Następnie wstał, a jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza.
Gdy dźwięk trąb rozbrzmiał nad miastem, armia ruszyła.
Na czele jechał sam król Maurycy, otoczony przez swoich przybocznych rycerzy. Ich sztandary, ozdobione złotymi krzyżami i lwami, powiewały w porannym wietrze. Za nimi podążały oddziały piechoty i jazdy, rozciągając się na całej długości drogi.
Wśród wojsk frankijskich maszerowało 200 Koursores,ciężkiej jazdy tradycji bizantyjskiej, odzianej w pancerze z lamel i uzbrojonej w długie kontos. Ich konie poruszały się powoli, w zwartym szyku, gotowi do uderzenia w każdej chwili.
Nieco dalej jechali Turkopole– lekka jazda, znana ze swojej szybkości i biegłości w walce konnej. Byli uzbrojeni w łuki i krótkie miecze, gotowi do oskrzydlenia wroga lub przeprowadzenia zwiadu.
Za nimi kroczyło 400 włóczników uzbrojonych w stylu greckim. Ich długie włócznie połyskiwały w słońcu, a szerokie tarcze zwiastowały solidną linię obrony.
Miasto Jerozolima powoli zostawało za nimi. Kobiety i dzieci żegnały swoich mężów i ojców, wpatrując się w oddalające się szeregi. Za murami czekały wzgórza Judei, a dalej – otwarte szlaki ku Antiochii.
Król Maurycy raz jeszcze spojrzał na święte miasto, a potem skierował wzrok naprzód. Wojna czekała.

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
Zapadał zmierzch, gdy oddziały króla Maurycego zbliżały się do Tyru. Zgodnie z pierwotnym planem, armia miała spędzić tu noc, odpocząć i uzupełnić zapasy przed dalszym marszem.
Jednak zanim pierwsze oddziały zdążyły wkroczyć w obręb murów, do królewskiego sztabu dotarł goniec, pokonując ostatnie mile w zawrotnym tempie. Przyniósł wieści, które natychmiast zmieniły plany.
Dwie grupy wojowników, które wcześniej wyruszyły ku Antiochii – rycerze z Trypolisu i Maronici z Syryjczykami – znajdowały się już stosunkowo blisko celu marszu. Gdyby armia Maurycego zatrzymała się na nocleg w Tyrze, mogłoby minąć kilkanaście godzin, zanim do nich dołączą. W tych godzinach mogło się wydarzyć wiele, a wróg mógł wykorzystać szansę, by ich zaskoczyć.
Król wiedział, że trudno byłoby ukryć obecność niemal pół tysiąca zbrojnych przed szpiegami uzurpatora. Odkąd fałszywy cesarz Jan umocnił się w Anatolii, jego ludzie działali na całym Wschodzie, przekazując informacje i szykując zasadzkę na każdą możliwą okazję.
Nie było czasu do stracenia – król postanowił połączyć się z sojusznikami jak najszybciej
Niektórzy z doradców protestowali, ale król był nieugięty.
— Jeśli wróg się dowie, że mamy rozdzielone wojska, zaatakuje. Musimy być szybsi od jego planów. Połączymy się z naszymi ludźmi jeszcze przed świtem.
Rozkaz został wydany i nie mógł zostać zmieniony. Stare fenickie miasto Tyros miało przesunąć się jedynie na skraj pola widzenia armii – zaplanowany nocleg stał się jedynie krótkim postojem na uzupełnienie wody i pożywienia. Potem wojownicy ruszyli dalej.
Choć lojalni wobec króla, żołnierze nie byli zadowoleni. Szczególnie wśród piechoty narastało niezadowolenie – długie godziny marszu w ciężkich zbrojach dawały im się we znaki, a myśl o utraconym odpoczynku jedynie potęgowała zmęczenie.
—Co to za wojna, jeśli nie damy rady nawet do niej dojść? – mruknął jeden z frankijskich włóczników, poprawiając swój tarczowy pas.
—To wojna, w której przeżyją tylko ci, którzy maszerują szybciej niż wróg. – odpowiedział mu sucho doświadczony grecki oficer prowadzący swoich ludzi tuż za oddziałem Franków
Niektórzy piechurzy potykali się o własne nogi, inni odruchowo podpierali się włóczniami.
Koursores, rycerze i Turkopole znosili trudy marszu lepiej, przynajmniej oni, no ich konie nie miały się lepiej niż piechota
Nocą marsz był jeszcze trudniejszy. Drogi, które w świetle dnia wydawały się łatwe, teraz zamieniały się w labirynt cieni, zdradzieckich kamieni i niepewnych szlaków.
Dopiero po północy, po godzinach wyczerpującego wysiłku, na horyzoncie ukazały się pierwsze światła Antiochii. To pomogło wojsku wykrzesać z siebie resztki sił. Bramy miasta stały otworem, a na ich tle widać było poruszenie wśród straży. Wieści o przybyciu królewskich wojsk rozeszły się wśród mieszkańców.
Król Maurycy jeszcze chwilę jednak nie odpoczywał. Kazał na rano wezwać oficerów na radę. Dołączyć do nich mięli wygnany z ziem uzurpatora patriarcha Cylicji, duchowy zwierzchnik Ormian, przybyły ze swojej tymczasowej stolicy w Edessie, oraz patriarchowie Antiochii: łaciński i maronicki.
Ostateczna bitwa o panowanie na wschodzie miała się wkrótce rozpocząć i trzeba się było się na nią przygotować.
Jednak zanim pierwsze oddziały zdążyły wkroczyć w obręb murów, do królewskiego sztabu dotarł goniec, pokonując ostatnie mile w zawrotnym tempie. Przyniósł wieści, które natychmiast zmieniły plany.
Dwie grupy wojowników, które wcześniej wyruszyły ku Antiochii – rycerze z Trypolisu i Maronici z Syryjczykami – znajdowały się już stosunkowo blisko celu marszu. Gdyby armia Maurycego zatrzymała się na nocleg w Tyrze, mogłoby minąć kilkanaście godzin, zanim do nich dołączą. W tych godzinach mogło się wydarzyć wiele, a wróg mógł wykorzystać szansę, by ich zaskoczyć.
Król wiedział, że trudno byłoby ukryć obecność niemal pół tysiąca zbrojnych przed szpiegami uzurpatora. Odkąd fałszywy cesarz Jan umocnił się w Anatolii, jego ludzie działali na całym Wschodzie, przekazując informacje i szykując zasadzkę na każdą możliwą okazję.
Nie było czasu do stracenia – król postanowił połączyć się z sojusznikami jak najszybciej
Niektórzy z doradców protestowali, ale król był nieugięty.
— Jeśli wróg się dowie, że mamy rozdzielone wojska, zaatakuje. Musimy być szybsi od jego planów. Połączymy się z naszymi ludźmi jeszcze przed świtem.
Rozkaz został wydany i nie mógł zostać zmieniony. Stare fenickie miasto Tyros miało przesunąć się jedynie na skraj pola widzenia armii – zaplanowany nocleg stał się jedynie krótkim postojem na uzupełnienie wody i pożywienia. Potem wojownicy ruszyli dalej.
Choć lojalni wobec króla, żołnierze nie byli zadowoleni. Szczególnie wśród piechoty narastało niezadowolenie – długie godziny marszu w ciężkich zbrojach dawały im się we znaki, a myśl o utraconym odpoczynku jedynie potęgowała zmęczenie.
—Co to za wojna, jeśli nie damy rady nawet do niej dojść? – mruknął jeden z frankijskich włóczników, poprawiając swój tarczowy pas.
—To wojna, w której przeżyją tylko ci, którzy maszerują szybciej niż wróg. – odpowiedział mu sucho doświadczony grecki oficer prowadzący swoich ludzi tuż za oddziałem Franków
Niektórzy piechurzy potykali się o własne nogi, inni odruchowo podpierali się włóczniami.
Koursores, rycerze i Turkopole znosili trudy marszu lepiej, przynajmniej oni, no ich konie nie miały się lepiej niż piechota
Nocą marsz był jeszcze trudniejszy. Drogi, które w świetle dnia wydawały się łatwe, teraz zamieniały się w labirynt cieni, zdradzieckich kamieni i niepewnych szlaków.
Dopiero po północy, po godzinach wyczerpującego wysiłku, na horyzoncie ukazały się pierwsze światła Antiochii. To pomogło wojsku wykrzesać z siebie resztki sił. Bramy miasta stały otworem, a na ich tle widać było poruszenie wśród straży. Wieści o przybyciu królewskich wojsk rozeszły się wśród mieszkańców.
Król Maurycy jeszcze chwilę jednak nie odpoczywał. Kazał na rano wezwać oficerów na radę. Dołączyć do nich mięli wygnany z ziem uzurpatora patriarcha Cylicji, duchowy zwierzchnik Ormian, przybyły ze swojej tymczasowej stolicy w Edessie, oraz patriarchowie Antiochii: łaciński i maronicki.
Ostateczna bitwa o panowanie na wschodzie miała się wkrótce rozpocząć i trzeba się było się na nią przygotować.

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu
- Jan I Senior
- Posty: 15
- Rejestracja: 09 mar 2025, 9:33
Re: Życie w Królestwie
Dni mijały, a wędrówka cesarza seniora ciągnęła się. Odziany jedynie w lekkie opancerzenie oraz poczucie nadziei i radości z powrotu na niegdyś bliskie mu ziemie razem z tuzinem wiernych mu towarzyszy starał się bezszelestnie przemknąć ku wyznaczonemu sobie celowi. Tajna narada w Antiochii to spotkanie, o którym rozmawiał dniami z władcą Królestwa Jerozolimy, a także w otoczeniu swoich lojalnych sług ustalał przebieg swojej podróży do umówionego miasta. Podróż przebiegała sprawnie i jedynie nocą, dnie zaś polegały na postojach przy z góry upatrzonych i wcześniej prześledzonych przez puszczony w przedzie zwiad wioskach. Nie można było absolutnie dopuścić do konfrontacji z jakimikolwiek zwolennikami uzurpatora, bowiem dux, choć bez władzy, nadal był z pewnością smakowitym kąskiem dla ludzi wroga, którzy w pochwyceniu bizantyjskiego seniora upatrywali sowitej nagrody. O późnej porze, 8 doby podróży, drużyna zatrzymała się w niewielkiej wiosce 2 km na wschód od Adany. Weszli do karczmy by posilić się, wystawić warty i wreszcie zasnąć, gdy nagle zauważyli nieciekawych zbirów siedzących w tyle budynku. Jeden z potencjalnych napastników widział, jak spojrzenia ludzi duxa przechodzą go niczym dreszcz raz za razem. Wstał w zakapturzonej odzieży i niebezpiecznie zbliżył się do cesarza Jana. Ten natychmiast wsparty przez 3 najbliższych towarzyszy dobył miecza i gdy już miało dojść do niechybnej bójki zbir odkrył swe oblicze i zawołał:
- Na rany Chrystusa! Panie mój i władco! - po czym padł na kolana przed cesarzem seniorem i oczekiwał odzewu. Zadziwiony Jan kazał schować broń swoim ludziom po czym podniósł podniósł z klęczków monstrualnego jak się okazało człowieka. Teraz wspomnienie wróciło jakby żyło od nowa.
- Joorgun! Mój kapitan z krwi i kości! Co robisz w tej parszywej mieścinie tak późną porą!
Wareg wstał i ze smutkiem odrzekł: - Najjaśniejszy Panie, kiedyś niechybnie w nieznane czeluści i choroby popadł pod karą śmierci wydalono mnie z garnizonu do którego zostałem chwile przed tym feralnym dniem rozstawiony. Ja i moich 20 towarzyszy zbudowaliśmy te kilka chałup i w nadziei powrotu ognia wolności i sprawiedliwości, okopaliśmy się w cieniu.
Dux natychmiast rozradował się na wieść o towarzyszach wokoło i rozkazał: - Wasza lojalność niezachwiana przyda się z pewnością, do Antiochii jedźcie z nami a na pewno w walce przeciwko uzurpatorowi sprawiedliwości przysporzycie mu zadość!
- Rozkaz Wasza Miłość! - odkrzyknął wiking po czym polecił dwóm swoim sługom zbudzić wszystkich obecnych w tym kompleksie budynków i uzbroić ich w skryte pancerze i broń. Choć nie było to uzbrojenie godne gwardii, jednak nie było ono najgorsze. Kilka zbroi krzyżowców, oraz grubo podszywane odzienie z elementami kolczugi i zbroi (wszyscy bowiem zachowali hełmy i ochronę na nogi i szyję), połączone z już kompletną gwardyjską bronią, mieczami i toporami robiły wrażenie. Jedynie sam Joorgun stanął dumnie w pełnym całkowicie rynsztunku wareskiego gwardzisty, błyszcząc się niczym gwiazda wśród towarzyszy.
- Panie, ci ludzie dadzą nam świeże konie i sami swoje przyprowadzą. - Powiedział jeden ze sług pierwotnej zgrai seniora Jana wskazując na pobliskich stajennych.
Jan I odpowiedział na to jedynie uśmiechem i rzekł do jednego ze sług: - Giannisie, weź najszybszego konia i pędź co sił z tym listem do Antiochii. A list brzmiał:
- Na rany Chrystusa! Panie mój i władco! - po czym padł na kolana przed cesarzem seniorem i oczekiwał odzewu. Zadziwiony Jan kazał schować broń swoim ludziom po czym podniósł podniósł z klęczków monstrualnego jak się okazało człowieka. Teraz wspomnienie wróciło jakby żyło od nowa.
- Joorgun! Mój kapitan z krwi i kości! Co robisz w tej parszywej mieścinie tak późną porą!
Wareg wstał i ze smutkiem odrzekł: - Najjaśniejszy Panie, kiedyś niechybnie w nieznane czeluści i choroby popadł pod karą śmierci wydalono mnie z garnizonu do którego zostałem chwile przed tym feralnym dniem rozstawiony. Ja i moich 20 towarzyszy zbudowaliśmy te kilka chałup i w nadziei powrotu ognia wolności i sprawiedliwości, okopaliśmy się w cieniu.
Dux natychmiast rozradował się na wieść o towarzyszach wokoło i rozkazał: - Wasza lojalność niezachwiana przyda się z pewnością, do Antiochii jedźcie z nami a na pewno w walce przeciwko uzurpatorowi sprawiedliwości przysporzycie mu zadość!
- Rozkaz Wasza Miłość! - odkrzyknął wiking po czym polecił dwóm swoim sługom zbudzić wszystkich obecnych w tym kompleksie budynków i uzbroić ich w skryte pancerze i broń. Choć nie było to uzbrojenie godne gwardii, jednak nie było ono najgorsze. Kilka zbroi krzyżowców, oraz grubo podszywane odzienie z elementami kolczugi i zbroi (wszyscy bowiem zachowali hełmy i ochronę na nogi i szyję), połączone z już kompletną gwardyjską bronią, mieczami i toporami robiły wrażenie. Jedynie sam Joorgun stanął dumnie w pełnym całkowicie rynsztunku wareskiego gwardzisty, błyszcząc się niczym gwiazda wśród towarzyszy.
- Panie, ci ludzie dadzą nam świeże konie i sami swoje przyprowadzą. - Powiedział jeden ze sług pierwotnej zgrai seniora Jana wskazując na pobliskich stajennych.
Jan I odpowiedział na to jedynie uśmiechem i rzekł do jednego ze sług: - Giannisie, weź najszybszego konia i pędź co sił z tym listem do Antiochii. A list brzmiał:
Witaj stary przyjacielu,
Sługa ten, żyw przed Tobą, jest dowodem, że nasza wędrówka zbliża się do celu. Zebrałem kilku cennych przyjaciół w drodze, a także żywność czy broń. Nie jest to ogrom rynsztunku czy strawy, lecz wierzę, że się nada. Z pomocą Boga będziemy na miejscu za dzień z samego rana.
Chwała Cesarstwu,
J.
- Maurycy Orański
- Sebastos
- Posty: 202
- Rejestracja: 16 paź 2023, 23:11
- Lokalizacja: Aleksadretta
Re: Życie w Królestwie
Pierwsze promienie porannego słońca wpadły przez wysokie okna książęcego apartamentu w antiocheńskim zamku. Król Maurycy, mimo krótkiego snu, był już ubrany i gotowy do działania. Po krótkiej modlitwie przed wiszącym na ścianie krucyfiksem, ruszył szybkim krokiem do sali rady.
Dostojnicy powoli zaczęli się schodzić – politycy w osobach kanclerzy Antiochii i Edessy, wojskowi, w tym marszałek Jerozolimy i kasztelan Antiochii, a także duchowni. Pośród nich znajdował się patriarcha Cylicji oraz trzej patriarchowie Antiochii, w tym głowa Kościoła Syryjskiego. Choć nie był on uwzględniony w rozkazie z poprzedniego wieczoru, sługa odpowiedzialny za dostarczenie zaproszeń okazał się jednym z tych „dobrych i wiernych” i postanowił wezwać także jego.
Król rozejrzał się po zgromadzonych i przemówił:
-Wasze Świątobliwości, Wielmożni Panowie.
Zatrzymał spojrzenie na każdym z nich, dając im chwilę na skupienie uwagi.
-Wiele miesięcy temu, gdy tron w Wielkim Mieście Konstantynopolu był pusty, byliśmy pozostawieni jak owce bez pasterza. Wtedy zjawił się rozbójnik, który podając się za prawego cesarza Jana, zagarnął dla siebie ziemie imperium w imię własne i fałszywej wiary
Głos Maurycego był pewny i stanowczy.
-Jednak teraz, gdy mamy nowego i pobożnego Imperatora, niech Bóg go błogosławi, siła budzi się na nowo. Zachód powstaje przeciw temu przestępcy. Winniśmy i my ruszyć przeciwko wrogowi. Radźcie, jak najlepiej to uczynić.
Zatrzymał się na moment, pozwalając, by jego słowa zapadły w umysły obecnych.
-Myślę, że po pierwsze powinniśmy zdobyć Tars i przywrócić Jego Świątobliwość Abrahama na tron patriarszy, aby mógł rozpocząć duszpasterstwo wśród Ormian.
Patriarcha Cylicji, sędziwy duchowny o siwych włosach i surowym spojrzeniu, podniósł głowę.
- Wasza Królewska Mość, dobrze mówisz. Ormianie czekają na swojego pasterza. Ich wiara jest niezachwiana, ale bez duchowego przewodnika i bez obrońców, pozostają na łasce wrogów. Tars jest kluczem do Cylicji – jeśli go zdobędziemy, lud powstanie.
Marszałek Jerozolimy, stojący obok króla, wsparł się na rękojeści miecza.
-Zdobycie Tarsu to słuszny cel, lecz musimy działać ostrożnie. Jeśli uzurpator przewidzi nasze intencje, może wysłać posiłki z Ikonium lub nawet z Nicei. Oblężenie nie może trwać zbyt długo, bo wróg zbierze siły, by nas odeprzeć.
Kanclerz Edessy, niski, ale przenikliwy mężczyzna, wtrącił:
-Musimy także zabezpieczyć Antiochię i północne rubieże. Jeśli skoncentrujemy się wyłącznie na Cylicji, a fałszywy Jan wyprowadzi cios na Syrię, znajdziemy się w potrzasku.
Zebrani pokiwali głowami. Choć Anatolia Wschodnia w teorii należała do legalnego imperatora, nie było tam jeszcze wojska, które mogłoby wesprzeć króla Maurycego. W Lewancie panował spokój, ale nie można było zakładać, że przeciwnik nie spróbuje uderzyć na jego ziemie.
Maurycy spojrzał na mapę rozłożoną na stole.
-Macie rację. Musimy działać rozważnie. Plan powinien być dwuetapowy: najpierw zabezpieczymy Mopsuestię, by odciąć drogi dla wrogich posiłków lub rajdów, a następnie uderzymy na Tars.
Wtedy kasztelan Antiochii, człowiek doświadczony w oblężeniach, podsunął kolejną myśl:
-Możemy wykorzystać flotę. Jeśli część wojsk dotrze do Tarsu od strony morza, możemy jednocześnie zaatakować port i bramy miejskie. To skróci czas oblężenia i uniemożliwi garnizonowi skuteczną obronę.
Król spojrzał na niego z uznaniem.
-To dobry plan. Podzielimy siły–część wojsk uderzy lądem, część dotrze drogą morską. Jeśli przejmiemy port i bramy w jednym uderzeniu, miasto padnie bez długotrwałej walki. Aczkolwiek po okręty będziemy musieli zwrócić się do templariuszy.
Zapanowała chwila ciszy. Wtedy łaciński patriarcha Antiochii podniósł głos:
-Tars to nie tylko forteca. To miejsce, gdzie nasi wierni cierpią pod jarzmem fałszywego cesarza. Jeśli ruszymy do walki, musimy pamiętać, że to nie tylko wojna o ziemię, ale o dusze.
Maurycy skinął głową.
-Dlatego musimy zwyciężyć
Dostojnicy powoli zaczęli się schodzić – politycy w osobach kanclerzy Antiochii i Edessy, wojskowi, w tym marszałek Jerozolimy i kasztelan Antiochii, a także duchowni. Pośród nich znajdował się patriarcha Cylicji oraz trzej patriarchowie Antiochii, w tym głowa Kościoła Syryjskiego. Choć nie był on uwzględniony w rozkazie z poprzedniego wieczoru, sługa odpowiedzialny za dostarczenie zaproszeń okazał się jednym z tych „dobrych i wiernych” i postanowił wezwać także jego.
Król rozejrzał się po zgromadzonych i przemówił:
-Wasze Świątobliwości, Wielmożni Panowie.
Zatrzymał spojrzenie na każdym z nich, dając im chwilę na skupienie uwagi.
-Wiele miesięcy temu, gdy tron w Wielkim Mieście Konstantynopolu był pusty, byliśmy pozostawieni jak owce bez pasterza. Wtedy zjawił się rozbójnik, który podając się za prawego cesarza Jana, zagarnął dla siebie ziemie imperium w imię własne i fałszywej wiary
Głos Maurycego był pewny i stanowczy.
-Jednak teraz, gdy mamy nowego i pobożnego Imperatora, niech Bóg go błogosławi, siła budzi się na nowo. Zachód powstaje przeciw temu przestępcy. Winniśmy i my ruszyć przeciwko wrogowi. Radźcie, jak najlepiej to uczynić.
Zatrzymał się na moment, pozwalając, by jego słowa zapadły w umysły obecnych.
-Myślę, że po pierwsze powinniśmy zdobyć Tars i przywrócić Jego Świątobliwość Abrahama na tron patriarszy, aby mógł rozpocząć duszpasterstwo wśród Ormian.
Patriarcha Cylicji, sędziwy duchowny o siwych włosach i surowym spojrzeniu, podniósł głowę.
- Wasza Królewska Mość, dobrze mówisz. Ormianie czekają na swojego pasterza. Ich wiara jest niezachwiana, ale bez duchowego przewodnika i bez obrońców, pozostają na łasce wrogów. Tars jest kluczem do Cylicji – jeśli go zdobędziemy, lud powstanie.
Marszałek Jerozolimy, stojący obok króla, wsparł się na rękojeści miecza.
-Zdobycie Tarsu to słuszny cel, lecz musimy działać ostrożnie. Jeśli uzurpator przewidzi nasze intencje, może wysłać posiłki z Ikonium lub nawet z Nicei. Oblężenie nie może trwać zbyt długo, bo wróg zbierze siły, by nas odeprzeć.
Kanclerz Edessy, niski, ale przenikliwy mężczyzna, wtrącił:
-Musimy także zabezpieczyć Antiochię i północne rubieże. Jeśli skoncentrujemy się wyłącznie na Cylicji, a fałszywy Jan wyprowadzi cios na Syrię, znajdziemy się w potrzasku.
Zebrani pokiwali głowami. Choć Anatolia Wschodnia w teorii należała do legalnego imperatora, nie było tam jeszcze wojska, które mogłoby wesprzeć króla Maurycego. W Lewancie panował spokój, ale nie można było zakładać, że przeciwnik nie spróbuje uderzyć na jego ziemie.
Maurycy spojrzał na mapę rozłożoną na stole.
-Macie rację. Musimy działać rozważnie. Plan powinien być dwuetapowy: najpierw zabezpieczymy Mopsuestię, by odciąć drogi dla wrogich posiłków lub rajdów, a następnie uderzymy na Tars.
Wtedy kasztelan Antiochii, człowiek doświadczony w oblężeniach, podsunął kolejną myśl:
-Możemy wykorzystać flotę. Jeśli część wojsk dotrze do Tarsu od strony morza, możemy jednocześnie zaatakować port i bramy miejskie. To skróci czas oblężenia i uniemożliwi garnizonowi skuteczną obronę.
Król spojrzał na niego z uznaniem.
-To dobry plan. Podzielimy siły–część wojsk uderzy lądem, część dotrze drogą morską. Jeśli przejmiemy port i bramy w jednym uderzeniu, miasto padnie bez długotrwałej walki. Aczkolwiek po okręty będziemy musieli zwrócić się do templariuszy.
Zapanowała chwila ciszy. Wtedy łaciński patriarcha Antiochii podniósł głos:
-Tars to nie tylko forteca. To miejsce, gdzie nasi wierni cierpią pod jarzmem fałszywego cesarza. Jeśli ruszymy do walki, musimy pamiętać, że to nie tylko wojna o ziemię, ale o dusze.
Maurycy skinął głową.
-Dlatego musimy zwyciężyć

z łaski Boga król Jerozolimy,
książę Antiochii i Zajordania,
hrabia Edessy i Trypolisu